nasze media MGN 10/2020

Piotr Sacha

|

MGN 04/2009

dodane 16.03.2009 16:33

Godziny odwagi

Ani duszący pył, ani piekielny żar nie przestraszyły nowojorskich strażaków i policjantów przed wejściem do płonących wieżowców World Trade Center. Tam ludzie czekali na pomoc.

We wtorek, 11 września 2001 r. około godz. 15 polskie stacje radiowe i telewizyjne przerwały nadawany program. Od kilku minut w Nowym Jorku płonęły bliźniacze wieże Światowego Centrum Handlu (World Trade Center). Uderzyły w nie pasażerskie samoloty. Ludzie na całym świecie przecierali ze zdumienia oczy. Telewizyjne newsy przypominały sceny z filmu science fiction. W tym samym czasie, czyli tuż przed dziewiątą rano czasu nowojorskiego, Stanley Trojanowski z zastępu gaśniczego numer 238 pędził wozem strażackim ulicami Manhattanu. A Richard Matuszewski objeżdżał z patrolem policyjnym ulice w dzielnicy Greenpoint. Dziś, po blisko ośmiu latach, niechętnie wracają do tamtych chwil. Wspomnieniami z najtrudniejszego dnia swojej służby podzielili się jednak z czytelnikami „Małego Gościa”.

Serdeczny uścisk na drogę
Tamtego dnia Stanley Trojanowski rozpoczął pracę od rutynowego sprawdzenia wozu strażackiego. Przeglądał pompy i inne urządzenia, gdy koledzy z jednostki zobaczyli w telewizji zapis katastrofy. Po krótkiej chwili wszyscy, w pełnej gotowości, ruszyli do akcji. Strażak Stanley wybrał najkrótszą z możliwych dróg prowadzących w pobliże WTC. Świetnie znał miasto. – Na miejsce dotarliśmy w pięć minut – opowiada. – Wydałem chłopakom maski z tlenem i dodatkowe butle, które zawsze zabieramy, wchodząc do wysokich budynków. Każdego z osobna wyściskałem, żeby wrócił szczęśliwie. Tylko Glenna Wilkinsona, naszego ofi cera, który ruszył pierwszy, nie zdążyłem pożegnać.

– Później okazało się, że tylko on z naszej załogi zginął pod gruzami wieży – dodaje pan Stanley. – Dostaliśmy rozkaz, by dostać się na 62 piętro północnej wieży – wspomina. – Okazało się, że trzeba iść po schodach. Stałem na zewnątrz, gdy usłyszałem wielki huk. Pomyślałem: wybuchła bomba, a to waliła się właśnie wieża południowa. – Nigdy nie zapomnę widoku fruwających przedmiotów, ton papierów, dymu i... skaczących z okien ludzi – pan Trojanowski zawiesza głos. – Niektórzy trzymali się za ręce... Powiedzieliśmy sobie: ratujemy, kogo tylko można. Robimy, co się da, aż padniemy. Gdy Stanley Trojanowski gnał o poranku w kierunku płonących wież, wydarzyło się jeszcze coś.

– W kieszeni mojej koszuli zadzwonił telefon – opowiada nowojorski strażak, urodzony w Połomie Dużym, niedaleko Bochni. – To był Stanley junior, mój starszy syn. Nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie do pracy. „Tata, jedziecie tam?” – zapytał. Ja na to: „Stachu, my już jesteśmy prawie na miejscu”. „Wróć szczęśliwie do domu” – poprosił cicho. Stanley junior skończył college, potem studiował fi lozofi ę i biznes. Od roku pracuje... w nowojorskiej straży. – To dziwne... – zamyśla się Stanley ojciec. – Nigdy wcześniej nie mówił, że chce być strażakiem. Może to te wydarzenia z 11 września... Młodszy Michał też chce podtrzymać tradycję rodzinną. Na razie pomaga w ochotniczej straży poza miastem. Niedługo po wydarzeniach na Manhattanie Stanley Trojanowski przeszedł na emeryturę. – Nie miałem innego wyjścia – tłumaczy. – Byłem w kiepskim stanie. Kaszlałem, traciłem przytomność. Od lat jeżdżę też na terapię do psychologa. Modlitwa, lekarstwa i świeże górskie powietrze przynoszą dobry efekt – uśmiecha się strażak.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 2
    kawa
  • 3
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 03.04.2020
    łączna liczba komentarzy: 44
  • 4
    Nacixxx
    ostatnia aktywność: 28.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 7
  • 5
    kociaczek

Najwyżej docenione