Godziny odwagi

Piotr Sacha

|

MGN 04/2009

publikacja 16.03.2009 16:33

Ani duszący pył, ani piekielny żar nie przestraszyły nowojorskich strażaków i policjantów przed wejściem do płonących wieżowców World Trade Center. Tam ludzie czekali na pomoc.

Godziny odwagi To był szok dla całego świata. Dwa porwane samoloty pasażerskie uderzyły w Światowe Centrum Handlu fot. EAST NEWS/SABA/BOBBY FRIEDEL

We wtorek, 11 września 2001 r. około godz. 15 polskie stacje radiowe i telewizyjne przerwały nadawany program. Od kilku minut w Nowym Jorku płonęły bliźniacze wieże Światowego Centrum Handlu (World Trade Center). Uderzyły w nie pasażerskie samoloty. Ludzie na całym świecie przecierali ze zdumienia oczy. Telewizyjne newsy przypominały sceny z filmu science fiction. W tym samym czasie, czyli tuż przed dziewiątą rano czasu nowojorskiego, Stanley Trojanowski z zastępu gaśniczego numer 238 pędził wozem strażackim ulicami Manhattanu. A Richard Matuszewski objeżdżał z patrolem policyjnym ulice w dzielnicy Greenpoint. Dziś, po blisko ośmiu latach, niechętnie wracają do tamtych chwil. Wspomnieniami z najtrudniejszego dnia swojej służby podzielili się jednak z czytelnikami „Małego Gościa”.

Serdeczny uścisk na drogę
Tamtego dnia Stanley Trojanowski rozpoczął pracę od rutynowego sprawdzenia wozu strażackiego. Przeglądał pompy i inne urządzenia, gdy koledzy z jednostki zobaczyli w telewizji zapis katastrofy. Po krótkiej chwili wszyscy, w pełnej gotowości, ruszyli do akcji. Strażak Stanley wybrał najkrótszą z możliwych dróg prowadzących w pobliże WTC. Świetnie znał miasto. – Na miejsce dotarliśmy w pięć minut – opowiada. – Wydałem chłopakom maski z tlenem i dodatkowe butle, które zawsze zabieramy, wchodząc do wysokich budynków. Każdego z osobna wyściskałem, żeby wrócił szczęśliwie. Tylko Glenna Wilkinsona, naszego ofi cera, który ruszył pierwszy, nie zdążyłem pożegnać.

– Później okazało się, że tylko on z naszej załogi zginął pod gruzami wieży – dodaje pan Stanley. – Dostaliśmy rozkaz, by dostać się na 62 piętro północnej wieży – wspomina. – Okazało się, że trzeba iść po schodach. Stałem na zewnątrz, gdy usłyszałem wielki huk. Pomyślałem: wybuchła bomba, a to waliła się właśnie wieża południowa. – Nigdy nie zapomnę widoku fruwających przedmiotów, ton papierów, dymu i... skaczących z okien ludzi – pan Trojanowski zawiesza głos. – Niektórzy trzymali się za ręce... Powiedzieliśmy sobie: ratujemy, kogo tylko można. Robimy, co się da, aż padniemy. Gdy Stanley Trojanowski gnał o poranku w kierunku płonących wież, wydarzyło się jeszcze coś.

– W kieszeni mojej koszuli zadzwonił telefon – opowiada nowojorski strażak, urodzony w Połomie Dużym, niedaleko Bochni. – To był Stanley junior, mój starszy syn. Nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie do pracy. „Tata, jedziecie tam?” – zapytał. Ja na to: „Stachu, my już jesteśmy prawie na miejscu”. „Wróć szczęśliwie do domu” – poprosił cicho. Stanley junior skończył college, potem studiował fi lozofi ę i biznes. Od roku pracuje... w nowojorskiej straży. – To dziwne... – zamyśla się Stanley ojciec. – Nigdy wcześniej nie mówił, że chce być strażakiem. Może to te wydarzenia z 11 września... Młodszy Michał też chce podtrzymać tradycję rodzinną. Na razie pomaga w ochotniczej straży poza miastem. Niedługo po wydarzeniach na Manhattanie Stanley Trojanowski przeszedł na emeryturę. – Nie miałem innego wyjścia – tłumaczy. – Byłem w kiepskim stanie. Kaszlałem, traciłem przytomność. Od lat jeżdżę też na terapię do psychologa. Modlitwa, lekarstwa i świeże górskie powietrze przynoszą dobry efekt – uśmiecha się strażak.

Dobra decyzja
Z samego rana w nowojorskim posterunku policji zebrali się wszyscy funkcjonariusze z jednostki. – Zarządzono ewakuację wieży numer jeden. Mamy wysłać ludzi do pomocy – powiedział dowódca. – Mam tu listę nazwisk. Wyczytani pojadą do śródmieścia. To jedna z początkowych scen fi lmu „World Trade Center” w reżyserii Olivera Stone’a. W identycznym zdarzeniu uczestniczył Richard Matuszewski, Amerykanin polskiego pochodzenia. 11 września pełnił służbę jako kierowca sierżanta na 94. posterunku w dzielnicy Greenpoint. – Podczas patrolu usłyszeliśmy w radiu, że samolot uderzył w jedną z wież. Chwilę później zadzwonił telefon: „Pierwszy poziom mobilizacji!”.

To oznaczało, że jak najszybciej mamy wracać na posterunek – opowiada Richard Matuszewski. – Wybrano dziesięciu z nas. Wsiedliśmy do wozu, ostro ruszając w stronę Manhattanu. Jechałem tak szybko, że w porę nie zdążyłem skręcić na odpowiedni most. Nie szkodzi, powiedziałem, pojedziemy przez Brooklyn Bridge. To trochę dłuższa droga, ale dotrzemy bliżej budynków WTC. Był straszny korek. Wszyscy kierowcy patrzyli w stronę płonących w oddali wieżowców. Gdy wreszcie dotarliśmy do centrum dowodzenia, skierowano nas na most Tower. Pędzący policyjny samochód musiał zatrzymać się przy małej kaplicy św. Pawła skrytej wśród drapaczy chmur. Runęła właśnie pierwsza wieża. – Gdy tak staliśmy przy kaplicy, nagle huknęło – opowiada Matuszewski.

– Zaczął walić się drugi budynek. Koszmar. Ruszyliśmy w stronę gruzowiska. Przeszkadzał potworny dym i pył. Niewiele było widać. Poczułem się totalnie bezradny. Nie dało się oddychać. Gruz i inne przedmioty utrudniały poszukiwania ludzi. Wokół ranni... – wspomina wydarzenia sprzed prawie ośmiu lat Richard Matuszewski. 11 września 2001 r. miał 25 lat. Kilka miesięcy wcześniej wstąpił do zastępu straży pożarnej. – Po 11 września zacząłem się zastanawiać, czy powinienem pracować jako strażak – przyznaje. – Widziałem przecież, jak wielu z nich zginęło. Pomyślałem jednak, że jeśli Pan Bóg zechce zabrać mnie do siebie, to bez znaczenia czy będę strażakiem, policjantem czy cywilem. Już od siedmiu lat gaszę pożary i ratuję ludzi. Nie żałuję tamtej decyzji

Tam byli potrzebni
Podczas akcji ratunkowej na Manhattanie zginęło ponad 350 strażaków i policjantów. Jedną z pierwszych ofi ar był kapelan nowojorskiej straży, franciszkanin ojciec Mychal Judge. Gdy dowiedział się o zamachu, od razu w stroju strażackim wyruszył na miejsce tragedii. Tam był potrzebny. Kiedy modlił się nad rannym strażakiem, na chwilę zdjął kask. Wtedy na jego głowę spadł fragment betonu. Gdy runęła północna wieża, między 7 a 6 piętrem był Richard Picciotto, dowódca 11. batalionu nowojorskiej straży. Przeżył. To, co wydarzyło się tamtego dnia, opisał w książce „Ostatni z żywych”: „Dotarłem aż na 35 piętro z ekwipunkiem ważącym 30 kilogramów.

Co kilka pięter sprawdzałem, czy otwierają się drzwi pomieszczeń biurowych. Nie było tam ludzi. Marsz przerwały ogłuszające wstrząsy. Runął bliźniaczy budynek. Trwało to 10 sekund. Należało się ewakuować. Wszystko postępowało dość sprawnie, aż do dwunastego piętra. W jednym z pomieszczeń biurowych kilkadziesiąt osób czekało na pomoc. Byli to ludzie na wózkach inwalidzkich, osoby poruszające się przy pomocy kul czy balkoników. Być może umieszczono ich tam, by nie opóźniali ewakuacji tych, którzy sprawnie przemieszczali się w dół. 59-letnia kobieta, kompletnie wyczerpana drogą z 73. piętra, opuściła pokój ostatnia.

Każdy stopień pokonywała na dwa kroki. Najpierw stawiała na stopniu prawą nogę, potem dostawiała lewą, potem chwilę odpoczywała i robiła następny krok. Te maleńkie kroczki stały się krokami całej grupy strażaków. Chwilę później zawaliło się 110 pięter. Na szczęście gruz opadł nie tyle na nas, ile raczej wokół nas. Zjeżdżałem w dół na wielkim kawale gruzu… ”. Gruz leżał na ulicach oddalonych nawet o sześć przecznic od katastrofy. Ratownicy wydostali z ruin żywych, zarówno dowódcę 11. batalionu, starszą kobietę, jak i tych, którzy się nią opiekowali podczas ewakuacji. – Strach? Nie było na to czasu – mówi strażak Stanley Trojanowski. – Po prostu o tym nie myślałem.