Ani duszący pył, ani piekielny żar nie przestraszyły nowojorskich strażaków i policjantów przed wejściem do płonących wieżowców World Trade Center. Tam ludzie czekali na pomoc.
To był szok dla całego świata. Dwa porwane samoloty pasażerskie uderzyły w Światowe Centrum Handlu
fot. EAST NEWS/SABA/BOBBY FRIEDEL
We wtorek, 11 września 2001 r. około godz. 15 polskie stacje radiowe i telewizyjne przerwały nadawany program. Od kilku minut w Nowym Jorku płonęły bliźniacze wieże Światowego Centrum Handlu (World Trade Center). Uderzyły w nie pasażerskie samoloty. Ludzie na całym świecie przecierali ze zdumienia oczy. Telewizyjne newsy przypominały sceny z filmu science fiction. W tym samym czasie, czyli tuż przed dziewiątą rano czasu nowojorskiego, Stanley Trojanowski z zastępu gaśniczego numer 238 pędził wozem strażackim ulicami Manhattanu. A Richard Matuszewski objeżdżał z patrolem policyjnym ulice w dzielnicy Greenpoint. Dziś, po blisko ośmiu latach, niechętnie wracają do tamtych chwil. Wspomnieniami z najtrudniejszego dnia swojej służby podzielili się jednak z czytelnikami „Małego Gościa”.
Dobra decyzja
Z samego rana w nowojorskim posterunku policji zebrali się wszyscy funkcjonariusze z jednostki. – Zarządzono ewakuację wieży numer jeden. Mamy wysłać ludzi do pomocy – powiedział dowódca. – Mam tu listę nazwisk. Wyczytani pojadą do śródmieścia. To jedna z początkowych scen fi lmu „World Trade Center” w reżyserii Olivera Stone’a. W identycznym zdarzeniu uczestniczył Richard Matuszewski, Amerykanin polskiego pochodzenia. 11 września pełnił służbę jako kierowca sierżanta na 94. posterunku w dzielnicy Greenpoint. – Podczas patrolu usłyszeliśmy w radiu, że samolot uderzył w jedną z wież. Chwilę później zadzwonił telefon: „Pierwszy poziom mobilizacji!”.
Tam byli potrzebni
Podczas akcji ratunkowej na Manhattanie zginęło ponad 350 strażaków i policjantów. Jedną z pierwszych ofi ar był kapelan nowojorskiej straży, franciszkanin ojciec Mychal Judge. Gdy dowiedział się o zamachu, od razu w stroju strażackim wyruszył na miejsce tragedii. Tam był potrzebny. Kiedy modlił się nad rannym strażakiem, na chwilę zdjął kask. Wtedy na jego głowę spadł fragment betonu. Gdy runęła północna wieża, między 7 a 6 piętrem był Richard Picciotto, dowódca 11. batalionu nowojorskiej straży. Przeżył. To, co wydarzyło się tamtego dnia, opisał w książce „Ostatni z żywych”: „Dotarłem aż na 35 piętro z ekwipunkiem ważącym 30 kilogramów.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł