nasze media Najnowszy numer MGN 11/2021

Piotr Kordyasz

dodane 20.05.2021 10:54

Ziemia lubelska

Tu mieszkał, tu przygotowywał się do wielkich zadań, do wielkich zmagań z bezbożnym systemem.

Lublin, Kozłówka, Żułów – to kolejne miejsca mocno związane ze sługą Bożym ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. W Lublinie studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W niedalekiej Kozłówce i Żułowie ukrywał się w czasie II wojny światowej. A po wojnie papież mianował go biskupem diecezji lubelskiej. Z Małgosią, Ulą, Asią i Stanisławem wyruszyliśmy w kolejną podróż. Tym razem po ziemi lubelskiej.

Przyjaźń świętych

Idąc korytarzami katolickiej uczelni w Lublinie, wspominamy ks. Wyszyńskiego, który ponad 90 lat temu studiował tu na Wydziale Prawa Kanonicznego. Na krótką chwilę zatrzymujemy się w kaplicy, w której się modlił, potem wyruszamy na starówkę, do tak zwanego konwiktu, gdzie mieszkali księża studenci. Dyrektorem internatu był wtedy ks. Władysław Korniłowicz, dziś sługa Boży, który dla ks. Wyszyńskiego był wzorem kapłana i jego kierownikiem duchowym. Z Lublina jedziemy do Kozłówki. Tu, w rezydencji Zamojskich, ks. Wyszyński ukrywał się w czasie wojny. W pałacu oprócz mieszkańców przebywała też grupa niewidomych dzieci razem z opiekującymi się nimi zakonnicami ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i uciekinierzy wojenni z arystokratycznych rodów, inteligencji, robotnicy folwarczni i partyzanci przygarnięci przez Aleksandra i Jadwigę Zamojskich. Ksiądz Wyszyński był dla nich kapelanem.

Obiad u hrabiny

Pani przewodnik pokazuje nam salon czerwony. Tu przed posiłkami gromadzili się goście Zamojskich. Dopiero na hasło lokaja: „Pani hrabino, obiad podano”, otwierano drzwi do pokoju stołowego i goście zasiadali do posiłku. Ksiądz Wyszyński zajmował reprezentacyjne miejsce, obok hrabiny Jadwigi Zamojskiej. Przyszły prymas dziwił się nieraz, że pomimo trudnych czasów wojennych, gdy na obiad codziennie podawano fasolę, zachowywano wciąż dworską etykietę. Przyszły prymas Polski opuścił Kozłówkę po tym, jak pewnego dnia do pałacu przyjechali Niemcy. Gdyby nie stanowcza interwencja hrabiny Jadwigi Zamojskiej rozstrzelaliby wszystkich mieszkańców rezydencji. Po tym wydarzeniu hrabina uznała, że ks. Wyszyński nie będzie bezpieczny w Kozłówce, tym bardziej że co jakiś czas do pałacu przyjeżdżał komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego w Majdanku. „Przeprowadziłem ks. Wyszyńskiego lasami, przy świetle księżyca, do Nasutowa” – opowiadał mi kiedyś pan Znamierowski, który jako mały chłopiec przebywał wtedy z rodzicami i siostrą u Zamojskich.

Ratowanie Żydów

Z Kozłówki pojechaliśmy do Żułowa. Tu ks. Wyszyński razem z ks. Korniłowiczem służyli niewidomym, podopiecznym sióstr franciszkanek (część wciąż mieszkała w Kozłówce), a ks. Wyszyński pomagał też Żydom ukrywającym się w okolicznych lasach. Wieczorem przy stodołach na skraju lasu podstawiał drabiny, by ścigani przez Niemców mieli nocą bezpieczne schronienie. Potem drabiny zabierał i z rana znów je podstawiał. Do dziś jest w Żułowie dawna kaplica i niewielki pokój, który zajmował ks. Stefan Wyszyński. Niedługo po wojnie ks. Wyszyński został biskupem lubelskim. W domu arcybiskupów pozostały po nim pamiątki. „Tu jest klęcznik i jego meble” – pokazuje ks. Sylwester Brzozowski, notariusz kurii. Biskup Wyszyński mieszkał tu ponad 70 lat temu. W pobliżu kaplicy spotykamy gospodarza miejsca abp. Stanisława Budzika, który serdecznie pozdrowił czytelników „Małego Gościa”. – Ja czytam „Gościa Niedzielnego” – przyznał arcybiskup. – Myślę, że dzieci, które czytają „Małego Gościa” kiedyś, w dorosłym życiu, też będą czytać dużego „Gościa”, że stanie się on ich przyjacielem i przewodnikiem, że będzie dla nich źródłem informacji o Kościele i o świecie.

Coś się zawaliło

Lublin jest bardzo związany ze sługą Bożym kard. Stefanem Wyszyńskim. – Znajdujemy się w pomieszczeniu, gdzie on mieszkał, przebywał, gdzie się przygotowywał do wielkich zadań, jakie czekały go później jako prymasa Polski, arcybiskupa Gniezna i Warszawy – opowiada ksiądz arcybiskup. – Do wielkich zmagań o duszę narodu polskiego z bezbożnym systemem. To wszystko sprawiło, że nazywamy go Prymasem Tysiąclecia, na miarę tysiąca lat chrześcijaństwa w Polsce. Tuż przed wyjściem, w holu, sekretarz arcybiskupa przypomniał, że właśnie w tym miejscu bp Wyszyński otrzymał wiadomość o śmierci prymasa Polski kard. Augusta Hlonda. Akurat wrócił z Zakopanego, gdzie nabierał sił po przebytej operacji. Tak napisał w dzienniku pod datą 22 października 1948 r.: „Po ciężkiej nużącej drodze dotarliśmy do Lublina. Na progu domu, Janek (portier) zwiastuje obuchem: Ksiądz Prymas umarł dziś o godz. 10.30 w Warszawie. Przyszła przed chwilą wiadomość. Zbyt to niespodziewane. Wiadomość obezwładnia kroki. Stoimy dłuższy czas w holu, zagubieni w milczeniu. Dochodziły do Zakopanego wieści o ciężkiej chorobie ks. kard. Hlonda, ale śmierci nikt się nie spodziewał. Tak często radowałem się myślą, że w tak trudnej sytuacji Kościoła w Polsce, błogosławieństwem jest jego sternik, pewną dłonią prowadzący poprzez jego męki. Człowiek czuł się dziwnie spokojny w pobliżu Prymasa Hlonda, a teraz coś się zawaliło. Runął mur oporowy. (..) Kardynał Hlond nie żyje”. Na koniec odwiedzamy katedrę. Ksiądz proboszcz Adam Lewandowski pokazał nam biskupi krzyż ks. Wyszyńskiego oraz kielich i ornat, których używał. Każdy, kto rusza w podróż śladami małych ojczyzn Prymasa Tysiąclecia, nie może pominąć gościnnej ziemi lubelskiej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    kawa
  • 2
    Anonymous
  • 3
    Alex
  • 4
    maryniakopec
    ostatnia aktywność: 07.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 36
  • 5
    gr3

Najwyżej docenione