nasze media Najnowszy numer MGN 07-08/2018

Franciszek Kucharczak

|

MGN 02/2010

dodane 19.01.2010 15:12

Sługa fałszywego boga

„Gwiazdy” dały mu wszystko, czego chciał. Ale tylko do czasu. A potem wystawiły rachunek.

Dochodziła północ 25 lutego 1634 roku. Niespokojny płomień świecy rzucał chybotliwe cienie na ściany zamkowego pokoju w Chebie. Przy oknie stał około 50-letni mężczyzna z wąsem i bródką. Szykował się do spania, gdy drzwi otwarły się gwałtownie i do komnaty wpadł oficer z sześcioma dragonami. – Nie zabijajcie! – zdążył zawołać, zanim jego pierś przeszyło ostrze halabardy. Taki był koniec księcia Albrechta von Wallensteina, przed którym drżała Europa.

LOS W GWIAZDACH
Nie tak mówiły horoskopy. A Wallenstein wierzył horoskopom. I właściwie tylko im, bo choć formalnie był katolikiem, to Bogiem się nie przejmował, a zasady wiary lekceważył. Od chwili, gdy wybitny astronom i astrolog Johannes Kepler postawił mu horoskop, nieznany nikomu oficer uwierzył w swoją gwiazdę – a raczej w układ gwiazd, które mu rzekomo sprzyjały. I rzeczywiście, w wieku 25 lat zaczął szybko piąć się w górę. Najpierw ożenił się z wdową z Moraw, niemłodą już, ale za to bardzo bogatą. Po dziesięciu latach żona zmarła, ale pozostały jej pieniądze. Dzięki nim Wallenstein wystawił własny oddział dwustu kirasjerów i na jego czele stanął po stronie Ferdynanda II, późniejszego cesarza. W wojnie Ferdynanda z Wenecją zasłynął brawurową szarżą, dzięki której udało się przerwać oblężenie już niemal kapitulującej twierdzy.

ZYSK Z WOJNY
23 maja 1618 roku przez okno zamku w Pradze wylecieli dwaj gubernatorzy Ferdynanda II, wyrzuceni przez zbuntowanych protestantów. Tak zaczęła się straszna wojna, nazwana później trzydziestoletnią. W imię różnicy wyznań katolickiego i protestanckiego miała pogrążyć Europę w morzu krwi, ognia i łez, a demonem tej wojny miał się okazać Albrecht von Wallenstein. Jego „szczęśliwa gwiazda” wiodła go od zwycięstwa do zwycięstwa. Teraz był już pułkownikiem, a za swoje usługi świadczone władcy otrzymywał wciąż nowe nadania ziemskie i przywileje. Jego majątek rósł tak szybko jak sława. Wallenstein czuł się wybrańcem losu, coraz bardziej zawierzając „przeznaczeniu”. Przed ważnymi decyzjami radził się astrologów. Zanim przystąpił do bitwy, analizował najnowszy horoskop. Nie zastanawiał się, skąd może pochodzić to „prowadzenie” i jakiej ceny to „coś” może zażądać. Po wielkiej klęsce protestantów pod Białą Górą Ferdynand – teraz już cesarz – mianował Wallensteina gubernatorem Czech z wielkimi przywilejami. Nowy gubernator za grosze wykupił majątki wygnanej lub zabitej szlachty protestanckiej, dzięki czemu stał się najbogatszym człowiekiem w państwie. Przyjął tytuł księcia Friedlandu. Gdy wojna ogarnęła tereny Niemiec Wallenstein obiecał cesarzowi wystawić własną armię w sile 25 tysięcy żołnierzy. W zamian chciał tylko prawa do nakładania i pobierania danin z podbitych terenów. Wkrótce jego armia jeszcze się rozrosła, podobnie jak wojenna sława Wallensteina, podsycana wciąż nowymi sukcesami. Cesarz triumfował – protestanccy książęta Niemiec poddawali się mu jeden po drugim. A Wallenstein wciąż się bogacił. Po oczyszczeniu Śląska z niedobitków armii protestanckiej odkupił od cesarza księstwo żagańskie. Do Żagania sprowadził Johannesa Keplera, którego uczynił swoim etatowym doradcą.

« 1 2 »
oceń artykuł

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    wojas004
    ostatnia aktywność: 16.07.2018
    łączna liczba komentarzy: 96
  • 2
    Slotkakotka
    ostatnia aktywność: 06.03.2018
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 4
    AnnaŻ
    ostatnia aktywność: 03.05.2018
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 5
    KociaAnia
    ostatnia aktywność: 24.05.2018
    łączna liczba komentarzy: 26