W tygodniu, po Niedzieli Dobrego Pasterza, szczególnie modlimy się o powołania kapłańskie i zakonne
O znakach Pana Boga, niepewnej drodze i fioletowym humorze rozmawialiśmy z arcybiskupem Andrzejem Przybylskim, metropolitą katowickim.
Mały Gość: Czy było tak, że przyszedł Pan Jezus – jak kiedyś do Mateusza – i powiedział: „Andrzeju, pójdź za Mną, bądź moim apostołem”?
Abp Andrzej Przybylski: Czegoś takiego wprost nie usłyszałem. Nie dostałem ani listu, ani SMS-a od Pana Boga, że mam zostać księdzem. Wszystko zaczęło się od osobistego nawrócenia, lepszego poznania Pana Boga przez modlitwę i czytanie słowa Bożego.
Nie było żadnego znaku?
Było wiele znaków danych mi przez innych ludzi i przez różne sytuacje w życiu, które mi pozwoliły poznać powołanie. Bóg zawsze do nas mówi, ale nie zawsze osobiście. Często daje znaki i stawia na naszej drodze ludzi, którzy są Jego świadkami i przekazują Jego wolę.
Jakie to były znaki? Czasem młodzież pyta, jak rozpoznać powołanie? Jak Ksiądz Arcybiskup rozpoznał, że Bóg jednak woła do kapłaństwa?
Z powołaniem jest jak z miłością – jak się człowiek zakocha, to nie zawsze umie powiedzieć dlaczego, ale wie, że to jest to.
Próbowałem różnych rzeczy: studiowałem, chodziłem na dyskoteki, myślałem o tym, żeby założyć rodzinę, planowałem znaleźć dobrą pracę, ale w tym wszystkim nagle pojawiła się też myśl o kapłaństwie. Ona w moim wypadku wcale nie pojawiła się na początku, ale kiedy już poczułem, że Bóg chce, żebym był księdzem, to było to tak silne, że wszystko inne zeszło na bok.
Cała rozmowa w majowym numerze Małego Gościa