nasze media Najnowszy numer MGN 01/2019

Franciszek Kucharczak

|

MGN 05/2010

dodane 31.03.2010 19:52

Kozak z tatarzynem

Bunt Kozaków miał być łatwo zduszony. Okazało się, że największym wrogiem jest lekceważenie wroga.

W obozie wojennym hetmana wielkiego Mikołaja Potockiego było wesoło. Nikt nie widział powodu do zmartwień. Jakiś Chmielnicki podniósł bunt wśród Kozaków na Zaporożu, ale hetman wysłał przeciw niemu dywizję pod wodzą swojego syna Stefana. Zawodowe wojsko powinno było już się rozprawić z powstaniem. Czas jednak mijał, a dywizja nie wracała. „Już tam kasztelanic Stefan rozbił buntowników i teraz zabawia się polowaniem na Dzikich Polach” – śmiali się żołnierze przy kielichach. A kielichy krążyły gęsto, bo hetman Potocki, niestety, jak napisał o nim kronikarz, „więcej radził o kieliszku i szklanicach niżeli o dobru Rzeczypospolitej”.

ODŻAŁOWANI
Aż tu 1 maja do obozu przybył ledwie żywy Kozak rejestrowy (rejestrowi Kozacy byli żołnierzami w służbie polskiej). Przyniósł straszną wieść: Chmielnicki zgadał się z Tatarami i razem z nimi osaczył dywizję Stefana Potockiego pod Żółtymi Wodami. To był grom z jasnego nieba. Hetman nie wiedział, co robić. Wahał się, a dni mij ały. W końcu 13 maja, zamiast iść na pomoc synowi, nakazał marsz w kierunku przeciwnym. Bał się, że siły przeciwnika są za wielkie. „Już to tam, widzę, odżałowani ludzie” – napisał o oblężonej dywizji jeden z ofi cerów. A Polacy pod Żółtymi Wodami walczyli jeszcze. Otoczeni rzędami spiętych łańcuchami wozów, „dzielnie się opierali, kłopocząc się już nie o przeżycie, ale o piękną śmierć raczej”. Wysłani na podjazd żołnierze sił głównych słyszeli, że tamci „strzelbą mocno się bronią”. 17 maja żołnierze kolejnego podjazdu zauważyli, że tam „już cicho, nic strzelania nie słychać”. Rzeczywiście, dzień wcześniej bitwa dobiegła końca. Pod Żółtymi Wodami polegli znakomici żołnierze. Śmiertelnie ranny syn hetmana, Stefan Potocki, skonał na rękach wziętego podstępem do niewoli Stefana Czarnieckiego.

W TYŁ ZWROT
Hetman Potocki, przerażony tymi wydarzeniami, wycofywał się coraz dalej, aż zatrzymał się w mieście Korsuń. Okopał się tu solidnie. Miał 6 tys. znakomitego wojska i choć siły kozacko-tatarskie liczyły trzykrotnie więcej, wciąż była szansa na zwycięstwo. Każdego dnia jednak do Chmielnickiego napływali zewsząd uzbrojeni chłopi. Wczesnym rankiem 25 maja ofi cerowie polscy ujrzeli jeźdźców „w białych siermięgach”. To byli pierwsi Kozacy. Po nich nadeszli Tatarzy. Nim minęło południe, huknęły działa. Polska jazda starła się z przeciwnikiem i szybko wzięła górę. Wróg zaczął uciekać w stronę lasu, Polacy jednak ich nie ścigali, słusznie obawiając się zasadzki. Tatarzy wiele razy atakowali, licząc na to, że Polacy dadzą się sprowokować. O zmierzchu ich wódz, Tuchaj-bej, przerwał bitwę. W obozie polskim zapanował dobry nastrój. Hetman wielki bał się jednak, że wkrótce jego armia zostanie otoczona. Postanowił cofać się na zachód. Hetman polny Kalinowski nalegał, żeby tego nie robić i na miejscu wydać decydującą bitwę. Potocki jednak wpadł w gniew i nie chciał o tym słyszeć. Jego upór brał się pewnie z tego, że – jak napisał jeden z ofi cerów – „ustawnie się opił gorzałką”. W nocy oddziały polskie przygotowały się do wyjścia w „szyku taborowym”. Wojsko miało maszerować wraz z ruchomą „fortecą” ze spiętych ze sobą wozów. Bladym świtem 26 maja w ciszy wyruszyło 1400 wozów, zestawionych w osiem rzędów, po cztery rzędy z każdej strony. Cała „forteca”, po wyjściu armii, ciągnęła się prawie na dwa kilometry. 12 dział zabezpieczało czoło, centrum i tyły.

« 1 2 »
oceń artykuł

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    minialo
    ostatnia aktywność: 14.12.2018
    łączna liczba komentarzy: 5
  • 3
    AnnaŻ
    ostatnia aktywność: 03.05.2018
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 4
    Mosiosława
    ostatnia aktywność: 26.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 10
  • 5
    katolikwojownik