nasze media Najnowszy numer MGN 10/2019

Piotr Sacha

|

MGN 01/2015

dodane 24.12.2014 13:48

Powrót do Betlejem

Czyli o trzech królach, trzech siostrach, siedmiu pasterzach i paru szpiegach szukających jednego żłóbka.

Potok samochodów płynął wolno, choć zwykle o tej porze dnia rwie z impetem. Ruch tamowała żółta, olbrzymia pługopiaskarka. Chociaż w Wigilię kwadrans przed szesnastą większość kierowców i tak jest już w domu. – Da ko szcze? – cichy głos próbował się przebić przez śnieżycę. Pytanie Lidki miało brzmieć: „Daleko jeszcze?”. Ale mocny wiatr wykradał sylaby z ust i w dodatku jeszcze mocno kołysał. Drzewa, a czasem i ludzi. Przy okazji zdmuchiwał śnieg tak łatwo, jak zdmuchuje się latem białe dmuchawce. – Da ko szcze? – powtórzyła Lidka, lecz wiatr znów bezlitośnie ściął słowa. Daria zrozumiała pytanie. – Dziesięć kilometrów i będziemy w połowie drogi! – zażartowała. Na szczęście do młodszej siostry dotarło tylko: „Kilo my łowie drogi!”. „Głupiutka dziewięciolatka” – pomyślała Daria, przecież ciocia z wujkiem mieszkają tuż za rogiem, ulicę dalej. Sześcioosobowa rodzina wędrowała chodnikiem zamienionym w tor szerokości łopaty. Jeden za drugim, jak mówi mama, gąska za gąską. Mama niosła na rękach dwuletniego Wojtka. Za nią Lidka, Daria i najmłodsza z sióstr, Lucynka. Na końcu gęsiego stadka szedł tata z wielką torbą na ramieniu. No i… Beczka. Trzymała się blisko jego nogi. Miała zostać w domu, ale trzy najwierniejsze opiekunki stanęły w jej obronie. Namalowały nawet transparent: „Wigilia HAU, HAU”, czym zupełnie rozbroiły stanowcze miny rodziców. I – Wigilia u cioci Kingi i wujka Artura! – gdy dwa dni wcześniej mama ogłaszała tę nowinę, córki aż podskoczyły z radości. Powody były dwa. Nazywały się Pati i Miko. Pierwszy powód miał 10 lat, rude, kręcone włosy i pokój pełen genialnych zabawek. Drugi powód był trochę młodszy i na twarzy miał 87 piegów. Lidka policzyła je dokładnie w ostatnie wakacje. Niedawno pomyślała nawet, że chyba trzeba będzie „zaktualizować dane”, bo od tamtego czasu ilość piegów na pewno się zmieniła. Póki co myślała o czymś zupełnie innym. Marzyła o gorącej czekoladzie z wanilią i bitą śmietaną. Po powrocie z zimowego spaceru zwykle przybierała czekoladową minę. Mrużyła oczy, marszczyła nos i machała łapkami jak wytresowany piesek. Po czymś takim na stole w kuchni lądował słodki gorący kubek. – Daleko jeszcze? – pytała uparcie. Chwilę później potknęła się o wystający korzeń i… runęła w śniegową zaspę. – Patrzcie, jaki bałwan! – pięcioletnia Lucynka wybuchnęła śmiechem. Lidka rzeczywiście była bieluteńka. Brakowało jej tylko nosa marchewkowego i kapelusza. Prędko otrzepała śnieg i pobiega przed siebie. Nagle… stanęła jak wryta. O mało nie wpadła na obcego mężczyznę. Przed nią w obcisłej, poszarpanej kurtce i o dwa numery za dużych spodniach, z długą czarną brodą stał jakiś człowiek. Latarnia dokładnie oświetlała jego nieruchomą postać, która zajmowała całą szerokość chodnikowego toru. Trudno było go ominąć. Wiatr ucichł. Pługopiaskarka zatrzymała się, a z nią stanął długi rząd aut. Tata mocno objął Lidkę, przyglądając się badawczo nieznajomemu tak, jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Radek, to ty? – rzucił niepewnie. – Tak! To naprawdę ty! Radek, nie widzieliśmy się od... od… od końca szkoły – uśmiechnął się szeroko. – Słuchajcie, Radek był królem parkietu – zaczął opowiadać tata. – Najlepszy tancerz i najlepszy koszykarz w klasie. Mówię wam, prawdziwy król!... – po tych słowach nieco spochmurniał. Wyglądało na to, że kolega go nie rozpoznał. Patrzył gdzieś za horyzont, jakby usiłował wypatrzeć pierwszą gwiazdkę. Ale w dużym mieście na niebie nie tak łatwo o gwiazdy. – Wszystko w porządku? – zapytał tata. – Mieszkasz gdzieś tu, w pobliżu? Nie widziałem cię tu nigdy… – Ja… ja… nigdzie nie mieszkam – powiedział w końcu pan Radek i spojrzał tacie głęboko w oczy. Kolejne pięć sekund trwało chyba rok, a może i nawet ze sto lat. – Dziewczynki, zmarzniecie – powiedział niskim głosem pan Radek, przerywając głuchą ciszę. Po czym wszedł po kolana w zaspę śniegu, żeby rodzina mogła przejść. – Niech pan założy czapkę. Inaczej pana głowa zaraz zamieni się w kostkę lodu – powiedziała cichuteńko Lidka i minęła mężczyznę. Usłyszała delikatne westchnienie. Z kłębów brody nieznajomego wyleciała delikatna mgiełka wraz ze słowami: „Wesołych świąt, królewno”. II Pięć sekund później, które tym razem trwały tyle, ile trzeba, nie dłużej niż długie ziewnięcie, Lidka spojrzała za siebie. Na chodniku nie było nikogo. Sznur samochodów powoli zaczął się na nowo przesuwać. Wzmógł się wiatr. Z nieba mocniej sypnął śnieg. W końcu wszyscy stanęli nareszcie przed domem uzbrojonym długimi soplami lodu. Ciocia, wujek, Pati i Miko mieszkali na pierwszym piętrze. Tymczasem uchyliły się drzwi na parterze. Stanął w nich chłopak kołyszący się lekko w przód i w tył, w przód i w tył, w przód i w tył. – Nazywam się Antek Król – przedstawił się najpierw mamie, a potem reszcie. I podając każdemu rękę na powitanie, powtarzał wolno cztery te same słowa „Nazywam się Antek Król; Nazywam się Antek Król; Nazywam się…”. Najmłodszy Wojtuś trochę się tego powitania wystraszył, ale i on wyciągnął rączkę, co na twarzy Antka Króla wywołało uśmiech w rozmiarze XXL. – Dziwny jakiś – rzuciła Daria, gdy byli już piętro wyżej. – Tak myślisz? – zapytała mama i od razu dodała: – Antek jest niepełnosprawny. Zresztą, nie ma w tym nic dziwnego, każdy człowiek ma jakąś niepełnosprawność. – Ja też? – zdziwiła się Daria. – Jaką ja mam niepełnosprawność? – Nosisz okulary. Bez nich słabo widzisz, prawda? Trzynastolatka nie zdążyła zadać kolejnego pytania, bo już witała się z ciocią Kingą. Z mieszkania cioci wychodził właśnie miły staruszek w długim czerwonym płaszczu. Ten płaszcz był tak długi, że ciągnął się po posadzce. Staruszek zaś ciągnął za sobą sporą skórzaną walizkę. W drugiej ręce niósł świecę przypominającą piłkę do tenisa. – Może kupicie jedną? Własnoręczna robota – zaczepił tatę. I dostał oschłą odpowiedź: – Raczej nie. Żegnam pana. Starszy pan uśmiechnął się do Wojtusia, po czym ruszył w stronę schodów, mocno utykając. Dopiero gdy podniósł wysoko swój płaszcz, żeby zmniejszyć ryzyko potknięcia się przy schodzeniu, okazało się, że jego lewa noga to nie była prawdziwa noga, tylko proteza lewej nogi. Policzki taty płonęły ze wstydu. III Nad choinką unosił się zapach pierników. Oplatał gałązki jak ozdobny łańcuch, mijając po drodze zapachy goździków, imbiru, maku, migdałów, skórki pomarańczowej, wanilii. Arsenał słodkich smaków w jednym pokoju. W kuchni kłębiły się jeszcze zapachy grzybów, kapusty i barszczu. Dziewczęta szybko zrzuciły kurtki i pobiegły do pokoju kuzyna i kuzynki. Dwie chwile później całą rodziną siedzieli już przy wigilijnym stole. Babcia – jak zwykle – czytała głośno fragment Biblii. I jak zwykle po kilku wersetach przerwała, by poprawić okulary, a przy okazji sprawdzić, czy wszyscy słuchają. Czytała dalej, z Ewangelii według świętego Łukasza: „Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił…”. Głos babci coraz bardziej oddalał się, oddalał, oddalał... aż w końcu zniknęły i głos, i widok, i nawet zapach świąt. – Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło – powiedział po namyśle jeden z najmłodszych pasterzy. Nad polaną zaległa cisza. Mogło się zdawać, że nawet owieczki wstrzymały oddech. – Dobrze. Przekonajmy się, o czym nam Pan oznajmił – stwierdził inny pasterz. Lidka od razu domyśliła się, że to on jest tutaj najważniejszy. Nie potrafiła jeszcze wyjaśnić tego, co dokładnie się wydarzyło. Dopiero co przecież siedziała przy stole wigilijnym, a teraz stała w zupełnie innym, nieznanym miejscu, daleko od domu. Na dodatek burczało jej w brzuchu, tak była głodna. – Ruszajmy – cała grupa poderwała się z miejsca. – Co z owcami? Nie zabierzemy ich z sobą – stwierdził ktoś przytomnie. Jak na trzecioklasistkę Lidka była bardzo odważna. Podeszła bliżej. A Beczka nie odstępowała jej na krok. – Dzień dobry panom – przywitała się najgrzeczniej, jak umiała. – Owieczek popilnuje mój pies. Jest mądry i głośno szczeka – zaproponowała. Pasterze zaniemówili po raz drugi. Wcześniej ukazał im się anioł. W tę ciszę z półmroku weszły też Daria i Lucynka. – Dzieci, ile wy macie lat? – 27... W sumie... mamy 27 lat – tą odpowiedzią Daria zdobyła sobie sympatię wszystkich zebranych. – To tyle, co ja – zaśmiał się 27-letni pasterz. – Czy my jesteśmy w Betlejem? – zapytała wreszcie Lidka. – Betlejem? To tam… – wskazał palcem pasterz. – Dwie godziny drogi stąd. Świt był chłodny, ale nie tak, jak chłodny bywa świt w Polsce o tej porze roku. IV Beczka posłusznie została przy zwierzętach na zboczu góry, gdy siedmiu pasterzy, dwie uczennice i jeden przedszkolak schodzili wydeptanym szlakiem w stronę olbrzymiej winnicy. Mężczyźni nie do końca byli zgodni, jak trafić do Bożego Dzieciątka. Powtarzali w nieskończoność słowa anioła: „Znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. – Oj, aniele, przydałoby się nieco więcej szczegółów – narzekali niektórzy. Inni byli większymi optymistami: – Powiedział „znajdziecie”, to znajdziemy. Koniec, kropka. Po godzinnym marszu najmłodsi wędrowcy dosłownie padali z nóg. Zarządzono więc odpoczynek. Słońce nieśmiało przebijało się zza chmur. Bezpieczna polana nie zapowiadała kłopotów, jakie wkrótce miały nadejść. – Witajcie! – zadudnił męski głos, czym postawił wszystkich na równe nogi. To dwaj nowi pasterze zbliżali się wolno. Chociaż machali przyjaźnie na powitanie, wzbudzali podejrzenia. Mieli obcy strój i mówili obco brzmiącym głosem. Przedstawili się i zapytali, gdzie przebywa nowo narodzony król. Pozostali spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Anioł nie wspominał o królu, mówił o Zbawicielu. To musi być podstęp. Nikt nie zdradził, dokąd zmierzają. – Gdzie on jest?! – jeden z obcych stracił cierpliwość. Jego przeraźliwy krzyk mógłby dotrzeć do Betlejem, a może nawet do Jerozolimy. Gdy echo niosło się jeszcze po okolicy, z nieba rozległ się grzmot pioruna. Lunęło. Wszyscy rozbiegli się, by szukać schronienia. Pasterze znali to miejsce jak własną kieszeń. Szybko ukryli się w grocie. – To nie byli pasterze tacy jak my! To szpiedzy Heroda! – krzyknął ktoś. – Jeżeli to prawda, musimy natychmiast uciekać. Podobno król Herod dowiedział się o Dziecinie, która zasiądzie na tronie. Pomyślał, że mowa o jego tronie. I teraz chce zgładzić to Dziecko – dodał ktoś inny. Gdy w ciemnej grocie zapłonął ogień, siostry odetchnęły z ulgą. – Ci źli panowie już nie wrócą? – pisnęła najmłodsza. Burza ucichła. Znowu wyszło słońce. Po krótkiej naradzie pasterze postanowili ruszyć dalej. – Chcę do domu – Lucynka rozpłakała się. – Ja też – powiedziała Daria i otarła siostrze łzy chusteczką, którą dostała od mamy „na specjalne okazje”. Lidka podniosła głowę tak wysoko, że teraz ledwo mieściła się w grocie. – Didi, Lulu, dosyć! – krzyknęła. – „Didi”, „Lulu”? Od dawna nie mówiłyśmy tak do siebie – zauważyła Didi, czyli Daria. – Proszę się nie mazać. To najważniejsze zadanie w naszym życiu. Odnajdujemy Jezusa, a potem wracamy po Beczkę. To proste – powiedziała dziewięciolatka, czyli Lili, nie wiedząc, skąd znalazła w sobie tyle męstwa. – Tak jest! – zasalutowała Didi. – Biegiem za pasterzami! V Do Betlejem prowadziła wąska dróżka przy strumieniu. Lulu była już bardzo zmęczona. Pasterze wpadli więc na pomysł, żeby związać kilka gałęzi. Odtąd nieśli na nich Lucynę tak, jak noszono w lektyce jakąś ważną osobistość. Poczucie zaszczytu, jaki spotkał dziewczynkę, nie trwało długo. Z każdej strony nadciągali kolejni szpiedzy Heroda. Ale tym razem zamiast pasterskich lasek trzymali ostre miecze. Herod zażądał, żeby tego dnia maleńki Jezus zniknął z tego świata. Był pewien, że pasterze wiedzą, gdzie przebywa. – Prowadźcie nas do żłobu! Wiemy, że chłopiec leży w jednej z grot. Inaczej zginiecie – zagroził przywódca złoczyńców. A jego miecz błysnął w słońcu. W tej samej chwili za pagórkiem ukazał się zarys trzech postaci. Lidka zauważyła je jako pierwsza, ale początkowo myślała, że to kolejni wysłannicy Heroda. Gdy zarys nabierał odpowiedniego kształtu i koloru, oczy Lili stawały się coraz większe. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Nieco z przodu pewnie kroczył pan Radek. Ten, który nie miał ani czapki, ani domu. Za nim szli staruszek w czerwonym płaszczu i niepełnosprawny chłopiec. „... Antek” – Lidka dopiero po chwili przypomniała sobie jego imię. Na ich widok każdy z pasterzy nisko się ukłonił. – Znacie ich? – zdziwiła się Daria. – Oczywiście, to królowie – usłyszała szept. Wszyscy szpiedzy wyciągnęli miecze lub sztylety. Siostry prędko zasłoniły oczy, myśląc, że to koniec. Królowie nie mieli żadnej broni, może poza wiarą w Boże Narodzenie... to znaczy w narodzenie Boga. – Chcemy powitać Zbawiciela razem z pasterzami. Nawet najostrzejszy miecz nam nie przeszkodzi – powiedział spokojnie pan Radek, czy raczej król Radosław. – Brać ich! – dowódca wydał rozkaz. Ale nikt nie mógł się poruszyć. – Szukacie naszego Boga? Łatwo do Niego trafić – król w czerwonym płaszczu wskazał miejsce narodzenia Jezusa. – Oto żłóbek, którego szukacie – dodał. Na niebie, nad jedną z grot rozbłysło mocne światło. Zauroczyło wszystkich swoim pięknem, wszystkich, oprócz szpiegów. Jeden z pasterzy tańczył z radości, inny się rozpłakał, jeszcze inny zaczął biec, ale się zatrzymał, widząc stojących w tyle przyjaciół. Wysłannicy Heroda upadli na ziemię, zasłaniając oczy. Światło raziło ich boleśnie, tak że nie mogli powstać. VI Tymczasem pasterze, królowie i trzy wciąż nie dowierzające własnym oczom siostry ruszyli za światłem. Gdy dotarli do jego źródła, już tylko słabo migało. Dopiero teraz Lili pomyślała, że królowie niewiele różnią się od pastuszków. Nie noszą ozdobnej szaty ani korony. Poza tym sami wyglądają na tych, co potrzebują pomocy. Tak jak ubogie Dzieciątko, które za moment nareszcie zobaczą. – Wesołych świąt, królewno – usłyszała jeszcze raz od króla Radosława. Stojący z przodu pasterz stukał już w grotę kijem pasterskim. – Chcemy pokłonić się Dzieciątku – zawołał. – Pokój wam – wszyscy usłyszeli czuły kobiecy głos. I wtedy dopiero weszli do środka... Lidka akurat skończyła liczyć piegi na twarzy śpiącego kuzyna, gdy odezwał się dzwonek do drzwi. To rodzice wrócili z Pasterki. Widok średniej córki siedzącej na fotelu przy słabym świetle nocnej lampki mocno ich zaskoczył. – Prędko do łóżka, spać! – powiedzieli ciepło. – Już spałam. A teraz nie mogę zasnąć. Mama zanuciła kolędę: „Śpiewajcie aniołowie, pasterze grajcie Mu, kłaniajcie się królowie, nie zbudźcie Go ze snu”. – Nie zbudziliśmy Go – Lili uśmiechnęła się do siebie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    maryniakopec
    ostatnia aktywność: 03.09.2019
    łączna liczba komentarzy: 35
  • 2
    gr3
  • 3
    wojas004
    ostatnia aktywność: 15.09.2019
    łączna liczba komentarzy: 113
  • 4
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 09.10.2019
    łączna liczba komentarzy: 43
  • 5
    minialo
    ostatnia aktywność: 24.05.2019
    łączna liczba komentarzy: 14

Najwyżej docenione