nasze media Najnowszy numer MGN 07-08/2020

Franciszek Kucharczak

|

MGN 12/2009

dodane 16.11.2009 14:54

Nie wiesz co robić? Rusz się!

O swoich i cudzych rozterkach związanych z odczytaniem powołania mówi o. Stanisław Jarosz, paulin, proboszcz z Włodawy

„MAŁY GOŚĆ”: Skąd Ojciec wiedział, że ma być księdzem?
O. STANISŁAW JAROSZ: – Wcale nie wiedziałem.

Ale jakoś to się chyba objawiło?
– Objawiało się w czasie. Najpierw była jedna myśl, gdy byłem małym chłopcem. Potem były dwie myśli, gdy byłem większy. W piątej klasie odważyłem się wspomnieć o tym koledze. W ósmej klasie myślałem o tym, ale to było tak nierealne…

Dlaczego?
– Ze względu na poziom szkoły i brak pieniędzy, żeby się dalej uczyć. I wtedy do naszej parafii na Bachledówce przyjechał paulin z Jasnej Góry. Mówił coś tam o zakonie, a na koniec powiedział, że gdyby któryś z chłopców myślał o czymś takim, a nie miał możliwości, bo nie ma pieniędzy albo korepetycje trzeba by było duże robić, to zakon takiemu pomoże. Bez zobowiązania do bycia księdzem. We mnie jakby piorun strzelił. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Pobiegłem do lasu, kopałem w drzewa, biłem je pięściami, złościłem się i płakałem. Wieczorem przyszedł kolega – ten, któremu kiedyś o kapłaństwie wspomniałem. I mówi: „Jakbyś poszedł, to ja bym też poszedł”. No i potem była rozmowa z tym paulinem. On mówi: „Słuchaj, nawet jeśli nie będziesz księdzem, to po co masz siedzieć w tej dziurze, skoro ci zakon chce pomóc? Najwyżej po maturze powiesz, że to nie jest powołanie i koniec”. No i ja tak poszedłem. Przyjęto mnie w niższym seminarium w Częstochowie, gdzie mogłem uzupełnić braki. I tak byłem tam do matury.

I już Ojciec wiedział…
– Dalej nie wiedziałem. Ale pomyślałem sobie, że jak nie zdam matury, to będę wiedział, że powołania nie mam. A uczyłem się uczciwie, bo czułem, że nie za moje pieniądze tu jestem. Ale zdałem, trochę cudem. No i pytanie, czy zacząć nowicjat. Jeden spowiednik mi powiedział: „Chłopie, rzecz jest prosta – myślisz żenić się czy iść do zakonu? Jak się ożenisz, to do zakonu już nie pójdziesz. A jak pójdziesz do zakonu i stwierdzisz, że nie masz powołania, to się będziesz żenił. No to idź na próbę.” No i poszedłem na próbę, zupełnie szczerze umawiając się, że nie deklaruję, że wytrwam. Nowicjat był piękny, choć jednocześnie pełen rozterek. Po roku poszedłem do seminarium na Skałce. Aż tu badania wykazały gruźlicę płuc. Koniec z nauką, wylądowałem w sanatorium w Zakopanem. Studenckim zresztą – totalna wariacja. I tu zobaczyłem, że Bóg chce, żebym szedł Jego drogą, bo mnie bronił mimo mojej głupoty. Ochraniał mnie. Więc wróciłem do seminarium, bo czułem, że to mimo wszystko moja droga. Po tej imprezowej atmosferze sanatorium myślałem, że w murach klasztoru wścieku dostanę. Ta cisza, spokój, dzwonki… Przyszła pokusa odejścia. Spowiednik powiedział: „Musisz przetrzymać, bo w kryzysie decyzji się nie podejmuje”. Jak już się uspokoiło i wszedłem w rytm seminarium, to znowu przełożeni chcieli mnie wyrzucić. Wtedy znowu ja postanowiłem, że się nie dam. A potem znowu przyszły wątpliwości, czy ja nie szedłem do kapłaństwa z uporu. Trzy razy odkładałem święcenia. W końcu mi powiedzieli: albo przyjmuj, albo idź do cywila.

Ciągle były wątpliwości?
– Były. Ale gdy święcenia przyjąłem, już nigdy do tego nie wracałem. Powiedziałem sobie: nie ma się co oglądać, mosty zostały wysadzone. Czy mam powołanie, czy nie mam – idę. A jeden spowiednik powiedział mi, że Bóg jest z naszymi decyzjami. Jeżeli ja w szczerości, nawet nie mając powołania, poszedłem za Nim, to On dopasuje się do mojej decyzji. To tak jak z małżeństwem, które się pobierze, mimo że nie było tam woli Bożej. Gdy przychodzi sakrament, Bóg mówi: dobrze, skoro stajecie się sakramentem, to tak będzie. Bo Bóg nie jest sztywny. No i zacząłem tak traktować swoje kapłaństwo, że nawet jeśli nie wiem, czy miałem powołanie, to skoro doszedłem do tego momentu, to przecież Bóg wie, co robi. Mógł parę razy zabrać mnie z tego świata – nie zabrał. Mógł parę razy sprawić, żeby mnie wyrzucili, mógł sprawić, żebym się w sanatorium wplątał w jakieś związki ze studentkami. To wszystko poskładało mi się w jedno – że Bóg, jak takiej owcy, tu mi zagradzał, tam dawał przejście.

O powołaniu się nie wie, ale się je czuje?
Ja bym powiedział, że powołanie przychodzi jak to coś na ptaki, które wiedzą, że muszą odlecieć do ciepłych krajów. Te ptaszki nie wiedzą, czy potrafią, czy dadzą radę, czy nie padną po drodze.

I nie wiedzą za bardzo, dokąd mają lecieć.
– Tak! Ale wiedzą jedno – że jak zostaną, to będzie bardzo smutno. Bo istotne jest podjęcie decyzji. To bardzo ważne, żeby nie siedzieć i czekać, aż Bóg mi odpowie. Trzeba się ruszyć! Gdy przychodzą chłopcy i dziewczęta i pytają o powołanie, ja pytam: a byłeś? Zgłosiłeś się? Spróbowałeś? Bądź uczciwy, powiedz: noszę takie myśli, pragnienia, nie wiem, czy to jest to. No to jak sprawdzisz? Idź i spróbuj. Moja znajoma kiedyś nosiła się z taką rozterką co do woli Bożej w jej życiu. I mówi: „Nie wiem, może klasztor, może życie samotne dla Pana Boga?”. No to ja mówię: „To ty nie siedź, tylko się zgłoś. I zobaczysz – albo cię nie przyjmą, bo jesteś za stara, albo Bóg zadziała”. No i ona umówiła się z przełożoną, ale takiej kolki wątrobowej dostała, że ją karetka zabrała. Już wiedziałem, że to nie to. Próbowała drugi raz, trzeci raz. Albo miejsca nie było, albo coś innego. Dlatego mówię: jeśli czujesz jakąś tęsknotę, to po prostu zakołacz. Już mniej ważne, w które drzwi.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    maryniakopec
    ostatnia aktywność: 07.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 36
  • 2
    gr3
  • 3
    wojas004
    ostatnia aktywność: 15.09.2019
    łączna liczba komentarzy: 113
  • 4
    minialo
    ostatnia aktywność: 21.11.2019
    łączna liczba komentarzy: 17
  • 5
    gkostka
    ostatnia aktywność: 13.01.2019

Najwyżej docenione