Piotr Sacha

|

MGN 12/2010

dodane 10.11.2010 14:25

Anielsi przylecieli

W piątek po lekcjach biorą instrumenty, odpalają wzmacniacze i zaczynają próbę. Potem przesiadują w pizzerii, snują się po mieście, albo idą do księdza Krystiana. W sobotę znów próba.

 

Miało się skończyć na jednym muzycznym przedstawieniu w parafi i pod tytułem „Anielsi odlecieli”. – Byli Beatlesi, Pudelsi, to teraz będą Anielsi – rzuciła Jagoda. Od tych słów rozpoczęła się historia zespołu i przyjaźń piątki gimnazjalistów. O Anielsach robi się coraz głośniej. Właśnie nagrali pierwszą płytę z piosenkami uwielbiającymi Pana Boga. Ich talent dostrzeżono na kilku festiwalach.
 
PARK, GALERIA I KOŚCIÓŁ
Po raz pierwszy spotkaliśmy się na Festiwalu Stróżów Poranka w Chorzowie. Przed słynnym Chili My występowali Anielsi: Jagoda (15 lat), Paulina (17), Dominika (16), Patrycjusz (16) i Jacek (16). Mieszkają w Lubaczowie i w okolicy. W piątek po lekcjach wpadają do Miejskiego Domu Kultury. Łapią instrumenty i odpalają wzmacniacze. Po krótkiej próbie, o godz. 17 zmieniają salę i dołączają do miejskiego chóru. Tu śpiewają przez półtorej godziny. Potem Patrycjusz rusza z gitarą do swojej drugiej kapeli. Po próbie dołącza do przyjaciół w pizzerii. – Razem spędzamy dłuuuugie godziny – opowiada Paulina Mazepa, wokalistka grająca na klawiszach. – Czasem snujemy się po mieście, a gdy jest zimno, idziemy do księdza Krystiana – dodaje. W sobotę Anielsi znów spotykają się w chórze i na swojej próbie. Czasem w parku, galerii handlowej albo w kościele. W niedzielę z grupą młodzieży śpiewają podczas Mszy. – Weekend jest all together – kończy Paulina. – A potem jest poniedziałek i dopada nas szkoła – dodaje Dominika.  
 
SLANG I ROZMÓWKI WĘGIERSKIE
W środku tygodnia idą do swojego ojca. – Tak mnie kiedyś nazwali – uśmiecha się ks. Krystian Bordzań, wikary w lubaczowskiej parafi i św. Stanisława i opiekun Anielsów. – Cieszę się, jak widzę, gdy stawiają pierwsze kroki, jak rosną muzycznie i duchowo – mówi kapłan. Z Anielsami jest od samego początku. To on zachęcił młodych muzyków, by wstąpili do oazy. Jeździ z nimi na każdy koncert. Zawsze mogą na niego liczyć. – Każdy wolny czas spędzamy w piątkę. Łapiemy się na przykład w galerii handlowej za ręce, i idziemy wężykiem. Bo wygłupy to nasza specjalność – śmieje się Paulina. – Czasem dziwnym slangiem zamawiamy sałatkę grecką – wtrąca jej młodsza siostra Jagoda Mazepa. – Dwa razy greka, duża feta i dwie herby – wołają chórem trzy dziewczyny. – Albo chodzimy po mieście i udajemy, że mówimy po węgiersku: Tisz forszonkjo hatmariarot, orwoszlujo – śmieje się Dominika Kapel. – Ale rozmawiamy też poważnie – wtrąca Jagoda. – O rodzinie, o in vitro…
 
PO ANGIELSKU DO JUDY TADEUSZA
Każda próba Anielsów i każdy koncert rozpoczyna rozmowa z Bogiem. Potem każdy wzywa swojego patrona z bierzmowania. – Ja nie miałam jeszcze bierzmowania, ale wzywam św. Cecylię, bo ona jest patronką muzyków – mówi Jagoda. Na koniec wszyscy po angielsku proszą o pomoc św. Judę Tadeusza: „Help us, help us Judo! Help us…”. – Muzyka to tylko 50 proc. Anielsów. Druga połowa to mówienie o Panu Bogu – opowiada Paulina. – Teksty naszych piosenek są ważne, ale ważne też jest nasze zachowanie na co dzień. Podczas koncertu zawsze ktoś z nas mówi ze sceny świadectwo o swoim życiu z Bogiem – dodaje licealistka. Najmłodsza w zespole Jagoda śpiewa, gra na gitarze basowej, pisze teksty i muzykę. Gdy ma już pierwsze dźwięki i słowa, łapie za gitarę i swój pomysł prezentuje
 

 

« 1 »
oceń artykuł