nasze media Mały Gość 04/2024

Piotr Sacha

dodane 21.03.2024 13:57

Z ławki po zwycięstwo

Ławka rezerwowych to mało zaszczytne miejsce dla piłkarza. Ale bez siedzących na niej zawodników nie byłoby wielu zwycięstw i zaszczytów.

Przed meczem nie mówi się o nich zbyt wiele. Nie szuka ich kamera. W trakcie gry wszyscy – piłkarze, trenerzy, kibice – skupieni są na piłce. A tam, gdzie jest piłka, nigdy ich nie ma. Bo siedzą na ławce. Aż wreszcie przychodzi ten moment, gdy zawodnik rezerwowy wkracza do akcji z zadaniem do wykonania. Potem zwycięża... jego drużyna.

Tajna broń trenera

25 lat temu finał Ligi Mistrzów dostarczył kibicom wszystkiego, za co kochają piłkę nożną. Na słynnym Camp Nou w Barcelonie stanęli naprzeciw siebie piłkarscy giganci z Manchesteru United i Bayernu Monachium. W szóstej minucie Bayern strzelił gola. A potem... wydawało się, że Niemcy mają wszystko pod kontrolą. Scholl trafił w słupek, Jancker przewrotką w poprzeczkę. I pewnie by wygrali, gdyby nie Teddy i Ole – superrezerwowi, tajna broń Manchesteru.

O sukcesie zdecydował geniusz Alexa Fergusona. W przerwie meczu trener powiedział swoim zawodnikom: „Zagrajcie tak, by niczego nie żałować”. A w końcówce postanowił wymienić obu napastników. Sędzia doliczył trzy minuty do czasu gry. Ciągle prowadził Bayern 1:0. 36 sekund później pierwszy z rezerwowych Manchesteru Teddy Sheringham wyrównał. Za chwilę drugi – Ole Gunnar Solskjaer wpakował piłkę do niemieckiej siatki, na 40 sekund przed końcem.

Tamten mecz był jak baśń o tym, że każdy może zostać superbohaterem i że walczyć należy do końca. Co ciekawe, dwa miesiące później brytyjska królowa Elżbieta II przyznała trenerowi Fergusonowi tytuł szlachecki.

Ole, Ole, Ole gol!

Ole Gunnar Solskjaer zdobył sławę jako rezerwowy od zadań specjalnych o boiskowym pseudonimie Baby-Face Killer, czyli Zabójca o twarzy dziecka. W koszulce Manchesteru strzelił łącznie 126 bramek. Z czego aż 34 zdecydowały o zwycięstwie jego drużyny. Wiele zdobył w roli rezerwowego. Ale na ławce nie siedział bezczynnie. Uważnie śledził grę rywali, zwłaszcza obrońców. Wyłapywał ich słabe punkty, a potem – gdy wchodził w końcówce – wiedział już, jak skutecznie uderzyć.

Trzy miesiące przed finałem w Barcelonie Manchester United grał mecz ligowy z ekipą Nottingham Forest. Trener wpuścił na boisko Solskjaera na końcówkę. Norweskiemu napastnikowi wystarczyło dwanaście minut na zdobycie czterech goli.

Éder jak Ronaldo

Reprezentacja Polski na Euro 2016 dotarła aż do ćwierćfinału, gdzie uległa w rzutach karnych Portugalii. Dziesięć dni później Cristiano Ronaldo i spółka walczyli w finale z Francuzami. Uściślając, Ronaldo walczył tylko 25 minut. Boisko opuścił z powodu kontuzji. Zastąpił go Ricardo Quaresma. Lecz ani on, ani żaden inny zawodnik nie zdołali zdobyć bramki w ciągu 90 minut gry. W samej końcówce pojawił się rezerwowy Éder. Na co dzień do niedawna grał w angielskim klubie Swansea City – głównie jako rezerwowy. Nie zdobył tam ani jednej bramki. W ogóle mało kto zwracał uwagę na tego piłkarza. Aż do 109. minuty meczu o mistrzostwo Europy.

Éder w dogrywce meczu huknął płasko w prawy róg bramki. Hugo Lloris był bez szans. Kilka chwil później Portugalia została mistrzem Europy. To nie Ronaldo, a mało znany rezerwowy stał się bohaterem narodowym.

Mistrz Lars

Co jakiś czas w futbolu pojawia się zawodnik, którego trenerzy nazywają „złotym dzieckiem”. Kimś takim był Lars Ricken. Jako 17-latek strzelił pierwszego gola w żółtym trykocie Borussii Dortmund. Trzy lata później usiadł na ławce rezerwowych w finale Ligi Mistrzów. Trener wprowadził go do gry dopiero w 70. minucie. W tym momencie Borrussia prowadziła z Juventusem 2:1, więc końcowy wynik wciąż był sprawą otwartą. 16 sekund później Ricken miał pierwszy kontakt z piłką. Znalazł się niemal 30 metrów od bramki rywala. Oddał techniczny strzał. Tak, że futbolówka przeleciała nad włoskim bramkarzem i wylądowała w siatce. W taki sposób postawił kropkę nad „i” w niemieckim słowie meister („mistrz”).

Tim – król karnych

„Złote dziecko” – to określenie pasowało również do holenderskiego bramkarza Tima Krula. Tak było u progu jego kariery. Jako 17-latek trafił do ekipy czterokrotnego mistrza Anglii – Newcastle United. Później jednak wędrował od klubu do klubu na zasadzie wypożyczenia. Grał niewiele. W kolejnych drużynach pełnił rolę zmiennika.

Momentem, gdy Krul poczuł się jak król, był ćwierćfinał mistrzostw świata w Brazylii w 2014 r. Holandia zmierzyła się z Kostaryką, która wcześniej pokonała po rzutach karnych Grecję. Przez 120 minut ćwierćfinału nie padł gol. Wtedy trener Louis van Gaal podjął bardzo nietypową decyzję. W końcówce dogrywki zmienił bramkarza. Tim Krul dostał zadanie specjalne. Pojawił się na boisku do obrony karnych. Spisał się znakomicie. Wyłapał dwie „jedenastki” i był bliski obrony pozostałych strzałów. Dzięki niemu drużyna dotarła do półfinału, gdzie również rywalizowała w karnych, tym razem z Argentyną. Wówczas trener nie mógł w dogrywce wprowadzić do gry Krula. Wcześniej wyczerpał limit zmian. A w serii karnych triumfowała Argentyna.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..