nasze media Najnowszy numer MGN 02/2023

Krzysztof Błażyca

dodane 19.01.2023 10:13

Proste rzeczy

Jest największe w Afryce. Otaczają je Tanzania, Kenia i Uganda. Świat zna je jako Jezioro Wiktorii. Miejscowi nazywają je po swojemu. Wielka, nieskończona woda.

Tu, szukając źródeł Nilu w 1858 roku, dotarł podróżnik John Speke. To on nazwał je tak na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii. Od strony dzisiejszej Tanzanii dotarli do Ugandy pierwsi misjonarze. Wtedy na jeziorze postrach siała flotylla króla Bugandy, który przyjmował na dworze podróżników i misjonarzy. Dziś po wodach Jeziora Wiktorii mkną motorówki, pływają wycieczkowe statki. Jak za dawnych lat spotkać tu można wąskie, drążone w pniu łódki, którymi rybacy wciąż wypływają na połów. My jedziemy na północ Ugandy, do wioski Bongo pii, co w języku miejscowych znaczy „Tutaj nie ma wody”.

Kościół w kształcie chaty

Republika Środkowoafrykańska. W lutym tego roku papież Franciszek pojedzie do krajów Afryki. Odwiedzi targany wojnami Sudan Południowy i Republikę Demokratyczną Konga. Oba kraje sąsiadują z Ugandą, do której Ojciec Święty przyjechał siedem lat temu. Oprócz niej odwiedził też Kenię. To była jego pierwsza podróż na kontynent afrykański. Podczas podróży papież zatrzymał się m.in. w Munyonyo nad Jeziorem Wiktorii, gdzie w 1886 roku król skazał na śmierć 45 chrześcijan. Dziś polscy franciszkanie prowadzą tu sanktuarium Męczenników z Ugandy. Są tu kościół w kształcie ugandyjskiej chaty i grób św. Andrzeja Kagwy, patrona muzyków. Obok powstaje kaplica Bożego Miłosierdzia. – Będzie tam trwała całodobowa adoracja – mówi proboszcz sanktuarium, franciszkanin o. Wojciech Ulman. – To jedyne takie miejsce w Ugandzie. Przybywają tu tysiące ludzi. Franciszkanie opiekują się kilkoma miejscami, gdzie pamięta się o męczennikach z Ugandy. Niedawno, w grudniu, w stolicy Kampali powstała nowa parafia pod wezwaniem św. Poncjana, który zginął w tym miejscu.

Więcej w najnowszym numerze Małego Gościa

Woda z kałuży

Z Kampali jedziemy na północ. Przed nami siedem godzin w autobusie. Mijamy wodospady Karuma, które zasilają tutejszą elektrownię wodną. Wokół pełno patroli wojskowych i… pawiany skaczące przy autobusie. Przejeżdżamy mostem nad Nilem. To jeden z dwóch, jakie łączą Północ kraju z Południem. Na północy Ugandy czas jakby się zatrzymał. Tu naprawdę żyje się ciężko. Dostęp do wody, szkoła... – to nie takie oczywiste. W głębi buszu, we wsiach, ludzie mieszkają jak przed wiekami, w okrągłych glinianych chatach krytych słomianym dachem. Chociaż niektórzy mają przenośne panele słoneczne, którymi ładują swoje telefony komórkowe, nie ma krzeseł, foteli, stołów – siedzą zwykle na matach, na ziemi. Po wodę muszą chodzić kilka kilometrów. Gdy brakuje studni, czerpią wodę z małych, brudnych, pełnych robaków bajorek albo z kałuż, z których pije bydło. A to najczęściej oznacza początek różnych chorób…

Słonie nas niepokoją

Docieramy do Bongo pii. Przy głównej drodze czeka na nas Patrick. Zostawiamy samochód. Idziemy przez busz. – Czasem słonie nas niepokoją. Wychodzą poza teren parku narodowego i niszczą pola uprawne – tłumaczy. W wiosce rozmawiamy z mieszkańcami. Kobiety martwią się o zdrowie swoich dzieci, chciałyby, by mogły się uczyć. Mężczyźni mówią o pracy w polu, gdzie zbierają bawełnę. Z Bongo pii jedziemy do Lakongera. Trzy okrągłe lepianki tworzą szkołę. Przychodzi tu kilkaset dzieci z okolicy. – Widzisz te wzgórza, tam, w dali? – wskazuje Paul, tutejszy nauczyciel. – Tam dopiero jest najbliższa szkoła. To jakieś siedem kilometrów stąd – dodaje. Podchodzi starszy mężczyzna, szef tutejszej wioski. Nazywają go Mzee, to znaczy mędrzec. Opowiada o prostych rzeczach. Takich jak podręczniki dla dzieci, mydło, a nawet… toalety. Mówi o tym, bo tego wszystkiego tu brak. – W twoim kraju bądźcie wdzięczni, że to wszystko macie. I dziękujcie Bogu… – kiwa głową. Proste rzeczy…

 
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..