nasze media Najnowszy numer MGN 10/2023

ks. Rafał Skitek /Radio eM

dodane 18.01.2023 14:11

Bóg jest potrzebny każdemu

Ministrantem, podobnie jak jego brat Łukasz, został po I Komunii Świętej. Dziś obaj bracia są zawodowymi muzykami, mają wspaniałe rodziny i nie wstydzą się Pana Boga.

W tamtym czasie wię- kszość moich kolegów była ministrantami. Stanowiliśmy dość zgraną paczkę – mówi Paweł Golec. – W dni powszednie odbywały się u nas trzy Msze św., pierwsza o 6.30, druga o 7.00, a ostatnia wieczorem. Służyliśmy naprzemiennie, rano albo wieczorem. Nie pamiętam dokładnie, ile razy w tygodniu. Służba musiała być bardzo starannie przygotowana. Ktoś czytał czytanie, ktoś inny śpiewał psalm. Podział obowiązków był ważny – wspomina.

Pierwsze występy

O piękno liturgii w rodzinnej parafii braci Golców w Milówce dbał ówczesny proboszcz ks. Józef Woźniak. – Zwracał uwagę na dykcję podczas czytania słowa Bożego i śpiewu psalmów – wspomina muzyk. – Bardzo mocno weszło nam to w krew. Wiedzieliśmy, że to, co Pan Bóg chce do nas powiedzieć przez słowo, musi być przeczytane godnie, spokojnie, z właściwą intonacją – dodaje. Parafia w Milówce jest bardzo rozśpiewana. – O tak, ludzie u nas śpiewają, i to jak! I w kościele, i w rodzinach, naszej też – mówi Paweł Golec. – Wraz z bratem byliśmy często proszeni o zaśpiewanie psalmu. Zazwyczaj w trakcie jakichś większych uroczystości kościelnych, na przykład w święta albo odpust parafialny. Czasem żartuję, że to był taki nasz pierwszy występ publiczny – uśmiecha się. – Oczywiście wszystko na cześć Pana Boga – dodaje.

Dziadek śpiewok

Życie rodzinne i wydarzenia parafialne były ze sobą mocno splecione. Szczególne okresy roku liturgicznego to Wielkanoc i Boże Narodzenie. – Do dziś pamiętam przepiękne pieśni wykonywane w okresie wielkanocnym, których nauczyła nas mama – opowiada Paweł. – Tradycje muzyczne to zasługa dziadka Józefa Jaska. Był wybitnym „śpiewokiem”, grał na skrzypcach. Bardzo poważany, nie tylko w Milówce – wspomina. – To od dziadków – Józefa i Heleny Jasków – mama nauczyła się pieśni, które później nam przekazała – tłumaczy. Warto dodać, że dziadkowie braci Golec przez pewien czas – jeszcze przed II wojną światową – opiekowali się parafialnym kościołem jako kościelni.

Po kolędzie

W domu nie mogło zabraknąć kolęd. – Śpiewaliśmy je od bajtla [od dziecka – przyp. red.]. Najpierw w gronie rodzinnym, potem w kościele. I tak jest do dziś – mówi Paweł. Tylko w zeszłym roku w czasie świąt przewinęło się przez ich dom aż 70 osób, krewnych i znajomych, by pokolędować. – Kolędników, którzy przychodzą do nas odświętnie ubrani, również przyjmujemy. Cieszymy się, że chcą dać świadectwo o narodzeniu małego Jezusa – mówi. – Mama zawsze powtarzała, że jeśli chcemy iść do kogoś z kolędą, najpierw musimy się jej dobrze nauczyć. Ta sama zasada dotyczyła przekazywania życzeń świątecznych, nazywanego u nas winszowaniem. Mama tłumaczyła, że jeśli chcemy coś komuś ofiarować, musi to być na najwyższym poziomie. Miała rację. Staramy się o tym pamiętać także w życiu artystycznym – zapewnia Paweł. Chwile szczególne Pierwsza płyta nagrana przez braci Golec (zespół Golec uOrkiestra) to krążek z kolędami „W niebo głosy” z grudnia 2003 roku. – Byliśmy przekonani, że to najwyższa pora, aby z zasypywanego przez zagraniczne piosenki świąteczne rynku muzycznego wydobyć tradycyjne polskie kolędy. Brakowało tego w Polsce. A nam bardzo zależało, żeby jak najwierniej oddać tradycyjne polskie kolędy i pastorałki – wyjaśnia. – Jeśli człowiek od najmłodszych lat wzrasta w atmo- sferze wiary i widzi, że bliscy autentycznie nią żyją, wówczas sam utożsamia się z tym światem wartości i w dorosłym życiu stara się nie zapomnieć o Bogu – dodaje. Gdy Paweł i Łukasz mieli 14 lat, zmarł ich tata Stefan. Dla całej rodziny stanowiło to szczególne wydarzenie na drodze wiary. – Było nam ciężko – wspomina muzyk. – Cały nasz smutek, ból i żal zawierzyliśmy jednak Panu Bogu. Bardzo nam to pomogło. Bez oddania Mu tego pewnie byśmy sobie nie poradzili – mówi.

Wyjątkowa przyjaźń

– Nie wyobrażam sobie życia bez Boga – mówi muzyk. – On jest potrzebny każdemu człowiekowi. Uważałem tak jako ministrant i podobnie myślę dziś. Mogę jedynie powtórzyć, że na każdym etapie życia człowieka najważniejsze jest to, by Bóg stał się moim prawdziwym przyjacielem; kimś, z kim zawsze będę mógł porozmawiać, do kogo będę mógł się zwrócić, kiedy ciężko i źle, kiedy przeżywam dylematy, problemy życiowe. Warto mieć Jezusa za przyjaciela – dodaje. Czego jeszcze, poza przyjaźnią z Jezusem, uczy posługa przy ołtarzu? – Dobrego planowania, samodyscypliny i pokory. Na przykład poranne wstawianie, zwłaszcza zimą… To pomaga w życiu. Nieraz trzeba zmobilizować się i wyznaczyć sobie cele. Najpierw te mniejsze, a potem większe. A do tego potrzebna jest wytrwałość – uważa. – Bez niej trudno cokolwiek osiągnąć.

Dostępna jest część treści. Chcesz więcej? Dostęp do treści jest ograniczony Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..