nasze media Najnowszy numer MGN 07/2019

Piotr Sacha


|

MGN 09/2015

dodane 24.09.2015 11:57

Mati 
i wielkie fałszerstwo

część I

Rodzice są dziwni. To znaczy… nie chciałbym być źle zrozumiany, rodzice robią dziwne rzeczy… Na przykład moi rodzice lubią się powtarzać. Rozmawiałem o tym z Julkiem. Okazało się, że ma podobne spostrzeżenia.

– Mój tata bardzo lubi liczyć do trzech – zaczął Julek. 
– Do trzech? –zdziwiłem się trochę.

– Synu, liczę do trzech i masz być ubrany! – Julek śmiesznie zniżył głos. – Co ja mówiłem, odejdź od komputera. Liczę do trzech. „Co ja mówiłem” – to też specjalność taty – dodał Julek.

– A to specjalności mojej mamy – podjąłem szybko temat – „Obchodzisz mnie ty, a nie inne dzieci!”, „Zrozumiesz, jak dorośniesz!”, „Gdy byłam w Twoim wieku…” – zawiesiłem głos, bo w tym momencie przerwał nam pan Kopytko, nauczyciel od geografii. Bo ta rozmowa, o czym chyba nie wspomniałem, toczyła się w samym środku lekcji o oceanach. A nasza ławka, czyli moja i Julka, stoi w samym środku sali. Ściśle mówiąc, siedzimy w trzeciej, w środkowym rzędzie. I… byliśmy zatopieni. Jak mały statek pośrodku wielkiego oceanu. 

Tego poranka usłyszałem ulubione powiedzonko taty: „Nawet o tym nie myśl”. Kiedy tata tak mówi, zachęca mnie do myślenia. A było o czym myśleć, ponieważ sprawa zdawała się poważna. 

Czy można wyobrazić sobie coś poważniejszego niż fałszerstwo pieniędzy?
 Nie można. Chyba że… fałszerstwo słów tuż przed klasowym zebraniem rodziców. Raz powiedziałem mamie, że moje oceny są doskonałe, choć na ostatnim sprawdzianie z matematyki dosłownie skonałem. A zachowanie?… „No, pani mnie chwali” – wybąkałem pod nosem, doczepiając jedną niewinną literkę do słowa „nie”. 

Mama więc poszła do szkoły w dobrym nastroju. Wróciła nieco… rozstrojona. Na nic zdało się tłumaczenie, że koledzy też słabiej zaczęli rok szkolny. I czwarty raz w tym tygodniu, choć dopiero była środa, usłyszałem: „obchodzisz mnie ty, a nie inne dzieci!”.

Nie, fałszerstwo pieniędzy to grubsza sprawa. Wszystko przez to, że tata pracuje w archiwum. Tam jest mnóstwo starych książek, map i gazet. Jedna taka całkiem żółta gazeta z tłustym kleksem trafiła na biurko taty. Akurat byłem obok. To znaczy siedziałem przy tym samym biurku, w tym samym archiwum nad zeszytem ćwiczeń z angielskiego. Gazeta nazywała się „Głos poranny”. Poniżej tytułu była data: 28 marca 1922 rok. Przewróciłem na drugą stronę, potem na trzecią, przyznaję, z nudów. Na piątej wkłuł mi się w gałkę oczną taki nagłówek: „Fałszywe banknoty 1000-markowe”. Szybko zwinąłem gazetę w cienki rulon i ukryłem w rękawie bluzy.

Mati, a to skąd się tu wzięło? – tata miał kwaśną minę, gdy następnego dnia rano znalazł w kuchni na podłodze „Głos poranny”. Musiał mi wypaść z rękawa. Prędko pokazałem tacie stronę piątą. I na głos przeczytałem fragment o fałszywych banknotach, jakie „w ostatnim czasie ukazały się w obiegu”. 

– Tato, posłuchaj – drżałem z przejęcia czytając drobny druk z prędkością karabinu maszynowego. Chciałem wystrzelić jak najwięcej słów, zanim znów usłyszę: „nawet o tym nie myśl”. 
– Posłuchaj, posłuchaj: „Sylwetka Kościuszki nie wykazuje prawidłowego wycieniowania. Siatka na falsyfikacie jest nieregularna, koloru liliowego, zlewa się z tłem. Na prawdziwych banknotach jest koloru jasno-piaskowego” – zerknąłem na tatę. Pozostało niewiele czasu. Przeczytałem ostatnie zdanie: „Podobno władze są na tropie fałszerzy”. 
– Tato, chcę się zająć tą sprawą – zakończyłem słowami godnymi detektywa. 

Mati 
i wielkie fałszerstwo   rys. monika juroszek Tata spokojnie wziął gazetę do ręki. Rzucił tylko okiem na wymazany przeze mnie masłem fragment i powiedział: „Nawet o tym nie myśl”. Jak już mówiłem, takie słowa tylko podrywają moje szare komórki do biegu… a nawet do galopu. Nie wiem, jak to zrobiłem, bo zwykle nie piszę tak szybko, ale przepisałem cały artykuł do zeszytu z geografii, gdy tata w łazience walczył ze swoim zarostem. 

Pan Kopytko postanowił uratować mnie i Julka z tonącego statku. Tym razem nie wpisał nam za gadanie uwag do dziennika. Kazał tylko pokazać, co zanotowaliśmy w zeszytach z lekcji o oceanach. Wziął mój zeszyt i… zbladł, jak blednie mało doświadczony żeglarz podczas choroby morskiej. „Banknoty są wykonane na papierze grubym, miękkim, ze sztucznie natłuszczonymi znakami wodnemi” – wyszeptał niedbale. 

– Chyba powinno być „znakami wodnymi”. Tu jest błąd! Zresztą… co to za bzdury?! – podniósł głos, a zaraz potem wzrok. 

– To nie błąd, proszę pana – zacząłem odważnie. – Te słowa ktoś napisał po pierwszej wojnie światowej – udawałem mądrego. – A wtedy mówiło się „wodnemi”, a nie „wodnymi” – na koniec opuściłem tak głos, jak i wzrok. 

Na panu Kopytce, w przeciwieństwie do reszty klasy, moja wypowiedź nie zrobiła dobrego wrażenia. Minęła mu też chyba choroba morska, bo jego twarz przypominała raczej czerwoną płachtę na byka. Pomyślałem, że na następnej lekcji geografii to ja zostanę tym bykiem. A pan Kopytko zawoła mnie na dzień dobry do tablicy.

Na przerwie sporo koleżanek i kolegów uścisnęło mi dłoń. Gratulowali mi bohaterskiego czynu, jakim było podważenie słów nauczyciela. Niektórzy dopytywali o dziwną notatkę w zeszycie. – Eee…, to jakieś bujdy na resorach – odpowiadałem. Postanowiłem, że w historię fałszywych banknotów wtajemniczę tylko trzy osoby: Julka, Maćka i Wisię, którą nazywaliśmy też Wiśnią, a czasami Wisienką. 

Powiedziałem im, że ktoś fałszuje banknoty tysiącmarkowe z podobizną Tadeusza Kościuszki. I że trafiły one do sklepów, portfeli i nie wiadomo gdzie jeszcze. Po czym mogłem wykazać się sporą wiedzą historyczną. – Takimi pieniędzmi, to znaczy markami polskimi, płaciło się, kiedy nie było jeszcze złotówek – powiedziałem jakby od niechcenia. – To zagadka w sam raz dla nas – rzuciłem i czekałem na głosy uznania.

– Zagadka?! Chyba ci, Mati, odbiło! – podsumował mnie Maciek. – Przecież te pieniądze już dawno nie istnieją. Prawdziwe czy fałszywe… Chodźmy na boisko.

– Macie mnie za idiotę? – próbowałem się bronić. – Wiem, że nie istnieją. Ale istnieje tajemnica – powiedziałem. – Naprawdę… Tymczasem cała trójka odwracała się już na piętach a ja próbowałem ich przekonać. 

Widziałem już taki banknot. Tadeusz Kościuszko z sympatycznym uśmiechem, a obok niego grubym drukiem – 1000. To było zaraz po tym, jak rozbiłem piłką lustro. Rodzice powiedzieli wtedy, że jestem już na tyle duży, że mogę odpowiadać za swoje czyny. Wyobrażałem już sobie najgorsze kary włącznie z ciemną więzienną celą, gdy mama niespodziewanie powiedziała: 

– Jutro pójdziesz do zakładu szklarskiego po nowe lustro.

No i poszedłem z pustą, drewnianą ramką. Pan szklarz był bardzo miły. Poczęstował mnie miętówką, a potem wręczył karteczkę z potwierdzeniem dla rodziców, że przyjął moje zlecenie. Wtedy zobaczyłem, że jedna ze ścian jest jakaś inna. Cała wyklejona banknotami. To były polskie marki. Setki banknotów z głową Kościuszki. 

– No to wiadomo już, co robimy po lekcjach – w oczach Maćka dostrzegłem zainteresowanie.

– Idziemy do pana szklarza – Wiśnia kiwnęła porozumiewawczo. 

– Mam pomysł – dorzucił Julek – powiem, że szukam ładnej ramki na prezent dla mamy. Bo… naprawdę szukam… Mama jutro ma urodziny.

Mati 
i wielkie fałszerstwo   rys. monika juroszek Trzy ostatnie lekcje strasznie się ciągnęły. Wybiegliśmy ze szkoły jak poparzeni – tak w każdym razie zawołała za nami pani sprzątaczka. Szklarz przyjmował zaraz za rogiem. Minutę później ujrzeliśmy dwie grube kłódki w drzwiach. Przylepiliśmy więc nosy do okna. W środku nie było nikogo. Tylko stare biurko i kilka stłuczonych szyb na podłodze. Na dodatek ściany były całkiem gołe. Ani jednej polskiej marki. Pozostały tylko kawałeczki papieru po zerwanych banknotach. 

Julek zauważył kartkę w drzwiach: „Zamknięte”. Poniżej był dopisek wyskrobany piórem z niebieskim atramentem: 
„W sprawach niedokończonych dzwonić pod numer…”.

Numer telefonu był niewyraźny, ale udało mi się go odczytać i zapisać na lewej ręce. Wisienka mnie skarciła: „Zaraz go rozmażesz” – stwierdziła i przepisała do swojego pięknego notesu. „Sprawy niedokończone” – co to mogło znaczyć?... 

Czy tylko o szyby chodziło, których klienci nie zdążyli odebrać? Siedzieliśmy na murku w zupełnej ciszy.

– A może to zaszyfrowana informacja? – poderwał się Maciek. – „Sprawy niedokończone, sprawy niedokończone …” – mruczał cicho. – Fałszerstwo! – zawołał. 

– Ciiiiiii!!! – prędko sprowadziliśmy go do parteru, to znaczy do poziomu murku przy parterze kamienicy.

– Maciek może mieć rację – stwierdził Julek. – A „dzwonić” to wcale nie musi znaczyć „dzwonić”, tylko na przykład przyjechać. A ten numer to żaden numer telefonu, tylko zakodowane miejsce spotkania – zakończył.

Zgodnie postanowiliśmy, że przypuszczeniami Maćka zajmiemy się później. Najpierw musimy zadzwonić.

Jak zwykle, w podobnej sytuacji zagraliśmy w nożyce, papier, kamień. Wypadło na mnie. Cały dzień układałem w głowie każdy możliwy scenariusz rozmowy. Że odbierze mężczyzna, że kobieta, że ktoś każe mi zawołać dorosłego, że ktoś poprosi, bym zadzwonił później… Byłem gotowy na wszystko. 

Wreszcie wybrałem numer. Udało mi się go odczytać z ręki. 
Wydawało mi się, że serce przebije mi żebra, skórę i odleci jak ptak. Tak mocno waliło. 

Telefonu nikt nie odebrał. Tego tylko nie przewidziałem. Próbowałem jeszcze dwa razy. I… nic. Następnego dnia rano, po szkole. I nic. W końcu dzwoniliśmy już wszyscy, to znaczy cała nasza czwórka. Wciąż nikt nie odbierał. Numer telefonu istniał, to pewne. Pozostało próbować dalej. Wszystkie cyfry zapisane na ręce i w notesie Wiśni znaliśmy już na pamięć. 

Kiedy wracałem do domu, a właściwie szedłem do pracy taty po klucze, zerknąłem na zamknięte drzwi zakładu szklarskiego. Kartka znikła. Pojawiła się inna, z napisem: „Sprzedam” i tym samym numerem telefonu, który był już w naszych głowach. Zrobiło mi się smutno. To chyba koniec. Zagadka fałszerzy pozostanie nierozwiązana. W tej samej chwili z okna na pierwszym piętrze, nad wejściem do szklarza, odezwał się kobiecy głos. 

– Któryś raz cię tu widzę. Szukasz pana Kopytko? – głos nie brzmiał tak staro, ale należał do bardzo starej pani. 

– Niee… – wydukałem. – Pana Kopytko to ja zobaczę jutro w szkole.

– Ale tego szklarza, Eugeniusza Kopytko? – zdziwiła się starsza pani.

– Szklarza?! Nie, nauczyciela geografii… Zenona.

– Eeee, to inny Kopytko. Pan Gienek, szklarz, wyjechał. Miesiąc minął, jak go nie ma. Ale wróci, wróci… Wiem, bo zostawił coś u mnie na przechowanie – pani zamknęła z trzaskiem okno. 

Z nieba lunęło. Biegłem sprintem do taty, nie myśląc o deszczu. Mam nowy trop! Szybko musiałem spotkać się z Julkiem, Wisią i Maćkiem. 

Aha, jeszcze powinienem wspomnieć, że na następnej geografii obyło się bez korridy, czyli walki torreadora (pana Kopytko) z bykiem, czyli mną. Pan Kopytko nie wywołał z dziennika mojego nazwiska. Tego dnia w ogóle nie pytał. Przyglądałem się uważnie jego twarzy. Ciekawe, czy pan Kopytko ma brata? – myślałem o tym przez całą lekcję.



Ciąg dalszy nastąpi

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    KociaAnia
    ostatnia aktywność: 09.06.2019
    łączna liczba komentarzy: 27
  • 2
    maryniakopec
    ostatnia aktywność: 12.08.2019
    łączna liczba komentarzy: 35
  • 3
    gr3
  • 4
    wojas004
    ostatnia aktywność: 24.06.2019
    łączna liczba komentarzy: 111
  • 5
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 09.07.2019
    łączna liczba komentarzy: 42

Najwyżej docenione