nasze media MGN 12/2020

Leszek Śliwa

|

MGN 05/2013

dodane 17.06.2013 15:47

Papież, który tańczy tango

Jako kibic w niektórych sezonach nie opuścił żadnego meczu swej drużyny. Jako uczeń łączył naukę z pracą w laboratorium. Jako nauczyciel był bardzo lubiany, chociaż przewrotnie nazywano go „Gęba”. O kim mowa? O papieżu Franciszku.

Gdy zobaczyłem w telewizji, że został papieżem, o mało się nie popłakałem, zacząłem krzyczeć z radości. Jeszcze teraz cały drżę jak to sobie przypominam – opowiada 27-letni Cristian Marcelo Reynoso, któremu kard. Jorge Mario Bergoglio, obecny papież Franciszek, pomógł uwolnić się od narkotyków, ukończyć szkołę i znaleźć pracę. – To niesamowicie skromny facet i kibic San Lorenzo, tak jak ja. Możesz z nim pogadać jak z przyjacielem – dodaje Reynoso. Tak o papieżu mówią ludzie, którzy go poznali. „Sympatyczny, życzliwy, normalny” – to najczęstsze określenia.

Kibic

W Argentynie, gdzie jest dobrze znany, nikt się nie dziwi, że jako nastolatek chodził na tańce. Potrafi nawet tańczyć tango, a jego ulubioną odmianą tego trudnego tańca jest milonga o wyraźniejszym i żywszym rytmie. Wolny czas jednak częściej spędzał na meczach piłki nożnej. Jako kibic, bo sam chętniej grał w koszykówkę. Ulubionym klubem papieża jest San Lorenzo de Almagro Buenos Aires. Kibice nazywają swą drużynę Los Santos (Święci), Los Cuervos (Kruki) albo El Ciclón (Cyklon). Klub jest jednym z najsilniejszych w Argentynie, trzynaście razy zdobywał mistrzostwo kraju, chociaż w tym sezonie tylko broni się przed spadkiem z ekstraklasy. Franciszek najcieplej wspomina mistrzostwo z 1946 roku. „Wtedy jeszcze wszyscy chodziliśmy na mecze, nawet moja mama” – wspomina ojciec święty w książce „Jezuita”. „Byłem na każdym meczu w tamtym sezonie. Gol Pontoniego, który zadecydował o mistrzostwie, zasługiwał na Nagrodę Nobla”.

Członek klubu

Ulubionym zawodnikiem papieża Franiszka był właśnie René Pontoni, środkowy napastnik, wielka gwiazda argentyńskiej piłki lat czterdziestych. Z młodszej generacji piłkarzy cenił Alberto Federico Acostę, zwanego „Beto”. – Kiedy kończyłem karierę w 2003 r., podarowałem kardynałowi swoją koszulkę, a on mi powiedział: „Dlaczego przestajesz grać, teraz już nikomu nie strzelimy gola” – wspomina „Beto”. W internecie można znaleźć zdjęcie legitymacji „socio”, czyli członka klubu, numer 88235, wystawionej w 2008 roku dla Jorge Maria Bergoglia. Klub San Lorenzo de Almagro świętował tamtego roku stulecie założenia. Z tej okazji ówczesny arcybiskup metropolita Buenos Aires, obecny papież otrzymał legitymację honorowego członka klubu. Po wyborze kibica numer 88235 na Stolicę Piotrową klub stał się niesłychanie popularny. – Co chwilę ktoś dzwoni i pyta o papieża – śmieje się trener zespołu Juan Antonio Pizzi, były reprezentant Hiszpanii. W niedzielę 17 marca 2013 roku jego zespół zagrał mecz ligowy z drużyną Colón Santa Fe w specjalnych koszulkach z niewielkim portretem nowego papieża na piersi. San Lorenzo wygrał 1:0. Dwa dni później, podczas inauguracji pontyfikatu, na placu św. Piotra w Watykanie kibice San Lorenzo powiewali flagą klubową z podobizną papieża.

Uczeń

A jakim uczniem był papież? Mały Jorge Mario uczył się w Szkole Podstawowej nr 8 w Buenos Aires. – Zachowały się dzienniki lekcyjne z lat czterdziestych, gdy ojciec święty był naszym uczniem. Ze wszystkich przedmiotów miał stopień „wystarczający”. Ale trzeba pamiętać, że w tamtych czasach w szkole podstawowej były tylko dwa stopnie: „wystarczający” i „niewystarczający” – informuje Roxana Domínguez, obecna dyrektorka szkoły. Po ukończeniu szkoły podstawowej Jorge Mario rozpoczął naukę w Technikum Chemicznym nr 27 w Buenos Aires. Ukończył ją z dyplomem technika chemika. Ojciec papieża był prezesem stowarzyszenia wspierającego tę szkołę. Nie dawało to jednak Jorge Mario żadnych przywilejów. Wręcz przeciwnie. Jego ojciec uważał, że tym, co kształtuje charakter człowieka, jest praca i należy ją podjąć już od wczesnej młodości. I chociaż sytuacja materialna rodziny tego nie wymagała, Jorge Mario już w wieku lat 13 uczył się w systemie wieczorowym a przed nauką w szkole pracował.

Pracownik, nauczyciel, „żołnierz”

– Tata powiedział mi po prostu: „nadszedł czas, żebyś zaczął pracować”. Nie byłem zbyt szczęśliwy, ale po latach to doceniam i jestem wdzięczny ojcu – mówi papież. W pierwszych dwóch latach nauki w technikum wykonywał tylko proste prace porządkowe. Sprzątał biuro rachunkowe w fabryce tekstylnej produkującej pończochy, gdzie był zatrudniony jego ojciec. W trzecim roku pomagał w pracy administracyjnej, a w czwartym pracował w laboratorium chemicznym. Jego dzień wyglądał tak: Od godziny 7 do 13 pracował. Potem miał godzinę przerwy na obiad i od godziny 14 do 20 uczestniczył w lekcjach. Już jako jezuicki kleryk, poznał szkołę od drugiej strony, bo był też wtedy nauczycielem w prowadzonych przez jezuitów szkołach średnich. Wykładał psychologię i literaturę. – Kardynał Bergoglio to człowiek o nadzwyczajnym poczuciu humoru i niewiarygodnie skromny. Wszyscy go lubiliśmy i do tej pory utrzymujemy z nim kontakt. Parę lat temu w kilkadziesiąt osób odwiedziliśmy go w Buenos Aires – mówi dziś o swoim dawnym nauczycielu Jorge Milia, poeta i dziennikarz. Początek jednak nie był łatwy. Młodemu nauczycielowi przydzielono uczniów ostatnich klas, chłopców 15-, 16-letnich, którym nie brakowało krytycyzmu w stosunku do nauczycieli. Sam Bergoglio miał wtedy 27 lat, ale wyglądał dużo młodziej. – Jak zobaczyliśmy tę jego twarzyczkę dziecka, z miejsca dostał przydomek „Carucha” (nieprzyjemna twarz, gęba) – śmieje się Milia. – Uczniom się wydawało, że będzie miękki i owiną go sobie wokół palca. Ale okazało się, że chociaż nie ma twarzy wojownika, jest wytrwały, konsekwentny i wcale nie taki miękki. Prawdziwy „żołnierz” Towarzystwa Jezusowego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 2
    kawa
  • 3
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 03.04.2020
    łączna liczba komentarzy: 44
  • 4
    Nacixxx
    ostatnia aktywność: 28.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 7
  • 5
    kociaczek

Najwyżej docenione