nasze media Najnowszy numer MGN 11/2020

MGN 04/2004

dodane 28.03.2012 13:23

Panu Bogu udała się starość

Miał być kupcem, ale jego szef zauważył, że ładnie śpiewa. Będziesz śpiewakiem, powiedział. Miał rację. Stefan Stuligrosz został słowikiem.

„Poznańskie Słowiki” Stefana Stuligrosza są najbardziej znanym chórem chłopięco-męskim w Polsce. Profesor prowadzi go już 65 lat. – Kiedy wybuchła II wojna światowa, miałem 19 lat – wspomina profesor. – Założyłem konspiracyjny chórek. Śpiewaliśmy na przemian w dwóch otwartych dla Polaków kościołach Poznania. Naszym śpiewem dodawaliśmy innym otuchy. Na próbach spotykali się ukradkiem w mieszkaniu znajomych. W pobliżu więzienia, gdzie codziennie ginęli niewinni Polacy. – Wtedy nie wolno było się spotykać – opowiada. – Ale nie bałem się. Zaufałem Panu Bogu. On chwycił mnie za rękę i poprowadził – dodaje. Niemcy nigdy ich nie nakryli. Po wojnie z tej śpiewającej grupy młodych chłopaków powstały „Poznańskie Słowiki”. – Ta nazwa przylgnęła już do nas przed wojną. Postanowiliśmy, że tak zostanie – wyjaśnia Stefan Stuligrosz. Chór jest dla niego największym darem i pasją życia. 

Mów mi druhu
Chłopcy nie mówią do swojego dyrygenta „panie profesorze” albo „dyrektorze”. Nazywają go druhem, jak w harcerstwie. Zawsze z szacunkiem. Chór jest dla nich bardziej szkołą życia niż zespołem artystycznym. Profesor uczy, jak dobrze śpiewać, ale i jak dobrze żyć. – Moi chłopcy są cudowni. To rozrabiaki, ale w dobrym sensie – opowiada. Jest bardzo wymagający na próbach. Czasem brakuje mu cierpliwości. – Pomaga mi wtedy święty Franciszek – śmieje się chórmistrz. – Modlę się do niego za tych psotników. On najlepiej mnie rozumie. Sam gadał ze słowikami. – Muszą być odpowiedzialni – mówi. – Tworzymy jeden zespół. To im się przyda później, w życiu dorosłym, w pracy zawodowej. Na próby chóru może wejść każdy. To takie lekcje otwarte. Często przychodzą rodzice, babcie, dziadkowie. – Oni wiedzą, co się tu dzieje i nie ma żadnych niedomówień, podejrzeń – mówi. Kiedy przygotowują jednogłosowy utwór, dyrygent rozdaje nuty wszystkim. Zadowolone są przede wszystkim babcie. 

Musiałem zachować twarz
Pewnego razu chór występował na poświęconym muzyce polskiej festiwalu w Lozannie. Koncert transmitowały prawie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne w Europie. Znane chóry i znamienici goście wypełnili potężną katedrę. „Poznańskie Słowiki” miały wykonać utwór polskiego kompozytora Tadeusza Szeligowskiego pod tytułem „Królewno Niebieska”. – Nie wiem, jak to się stało – wspomina rozbawiony dyrygent – ale organista zagrał nam wstęp o cztery dźwięki za wysoko. Może ja mu źle podałem – zastanawia się – a może on się pomylił? Na początku nawet nieźle im się śpiewało. Kiedy doszli do najwyższych dźwięków w pieśni, chłopcy zaczęli piszczeć, a mężczyźni się dławić. Tak było wysoko. Kazałem im krzyczeć, śpiewać, nie przejmować się. Aż w końcu przerwałem – opowiada. – Nastała cisza. Chłopcy pobledli. Mistrz Stuligrosz rozpoczął od nowa. Niestety, znów w tej samej tonacji. – To był istny kryminał. Chłopcy już wiedzieli, że mają krzyczeć, bo o śpiewaniu w ogóle nie było mowy – dodaje. Jakoś dobrnęli do końca utworu. Po chwili ciszy nastąpiła owacja na stojąco. Nikt się nie zorientował. Po koncercie wszystkie media podały, że chór Stuligrosza potrafi zaśpiewać wszystko. To, co wykazali w tym utworze, przeszło ludzkie pojęcie. Fenomenalne wykonanie. – To jeszcze nie było najgorsze. Sznur chórmistrzów z całego świata ustawił się w kolejce po nuty. Musiałem zachować twarz. Powiedziałem, że nie mam i dyryguję z pamięci – śmieje się profesor. 

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 2
    kawa
  • 3
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 03.04.2020
    łączna liczba komentarzy: 44
  • 4
    Nacixxx
    ostatnia aktywność: 28.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 7
  • 5
    kociaczek

Najwyżej docenione