nasze media Najnowszy numer MGN 11/2021

Franciszek Kucharczak

|

MGN 05/2007

dodane 11.03.2012 01:11

Chmura śmierci

Do portu na wyspie Saint Lucia zawinął nadpalony i pokryty popiołem wrak statku. Skąd przybywacie? – zapytali przerażeni ludzie. – Z piekła – odpowiedział kapitan.

Ognista chmura z szybkością huraganu przetoczyła się przez miasto i port. Ze stojących na kotwicy osiem-
nastu statków tylko parowiec „Roddam” zdołał wyjść z zatoki. Kapitan Edward Freeman był w kajucie, gdy usłyszał grzmot i poczuł gwałtowne kołysanie. Wypadł na pokład. – Uważajcie! – krzyknął. Więcej nie zdążył. Statek zatrząsł się raptownie, a jego pokład pokrył grad gorącego popiołu. Nie można było złapać tchu, rozpalone powietrze parzyło płuca. Część pasażerów wybiegła z kajut, w mylnej nadziei na zaczerpnięcie oddechu. Wielu z nich, szukając schronienia przed żarem, skoczyło za burtę. Kapitan nie stracił głowy. – Odcumować! Cała wstecz! – ryknął, na ile pozwalało mu poparzone gardło. Statek wbił się rufą w pokryte popiołem fale. Po chwili zderzył się z płonącym statkiem „Roraima” z 68 ludźmi na pokładzie. Tam większość już konała. Kilkoro z nich uratował później statek ratunkowy z sąsiedniego portu. „Roddam” wypłynął jakoś na otwarte morze. Kapitan Freeman spojrzał na miasto.

Zobaczył, jak po nabrzeżu miotają się zrozpaczeni mieszkańcy. Nie było dla nich ratunku. Pokryty grubą warstwą popiołu „Roddam” przybił do przystani sąsiedniej wyspy Saint Lucia. Tam okazało się, że połowa załogi i pasażerów nie żyje. Pozostali, strasznie poparzeni, zmarli w ciągu następnych dwóch dni. Przeżyli tylko kapitan i maszynista. Zabójcza góra Dwa dni później można było zbliżyć się do tego, co zostało z Saint Pierre. W miejscu miasta widać było tylko kikuty domów, sterczące resztki drzew, a wszystko przysypane jasnoszarym popiołem, który pokrył ruiny na kształt śniegu. Zatoka z portem pełne były pływających ludzkich zwłok i szczątków statków. Zniszczenia w samym mieście pozwalały się domyślać, jak potężną temperaturę przyniósł ognisty huragan. Jej świadectwem były nadtopione szkło, zwęglone drzewa i niemożliwe do rozpoznania trupy ludzi. Wszyscy mieszkańcy – około 30 tysięcy ludzi – zginęli.

Z jednym wyjątkiem: ocalał Louis Ciparis, więzień zamknięty w potężnym lochu. Cela miała małe okno po przeciwnej niż wulkan stronie. Mount Pelée nie uspokoił się od razu. Długo jeszcze wyrzucał dym, popiół i kłęby pary. 2 czerwca omiótł szczątki miasta jeszcze silniejszym huraganem ognia, niż wcześniej. To, co dotąd jeszcze stało, teraz zmieniło się w bezkształtną masę kamieni, cegieł i popiołu. 12 września gorący obłok runął na bezpieczną – jak się wydawało – miejscowość Morne-Rouge. Zginęło 1500 ludzi. Śmiercionośne chmury zostały nazwane spływem piroklastycznym. Spływ taki ma miejsce, gdy strumień gazów i popiołu jest zbyt ciężki, żeby wznieść się w atmosferę. Wówczas, gdy zgromadzi się go odpowiednio dużo, zachowuje się jak lawina, jest jednak znacznie szybszy. Kto znajdzie się na drodze spływu piroklastycznego, nie ma szans uciec. Prawdopodobnie właśnie to zjawisko zniszczyło słynne Pompeje u stóp Wezuwiusza.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    kawa
  • 2
    Anonymous
  • 3
    Alex
  • 4
    maryniakopec
    ostatnia aktywność: 07.01.2020
    łączna liczba komentarzy: 36
  • 5
    gr3

Najwyżej docenione