dodane 18.12.2025 10:00
Pan Govert był uczniem Jacoba Backera. Nie znacie? No to powiem jeszcze, że był też uczniem Lamberta Jacobsza. Co? Też nie znacie? No to jeszcze jedna szansa: był uczniem Rembrandta.
Nooo! Tego to już chyba znacie, nie? A jeśli nie znacie, to szybko doczytajcie gdzieś tam w internecie i będziecie mogli z czystym sercem powiedzieć: „Rembrandt? Znam!”. I już będziecie znawcami sztuki.
W takim razie zapraszam, drodzy znawcy, do poznania wspomnianego na początku Goverta Flincka, który był uczniem kilku mistrzów, ale przez rok pracował w warsztacie Rembrandta w Amsterdamie. W niektórych obrazach Goverta widać wpływ stylu mistrza. Należy do nich obraz, który tu widzicie. Ten światłocień, te wydobywane z gęstego mroku postacie i przedmioty… Łatwo rozpoznać, u kogo się Flinck uczył.
Wybrał temat stosowny do robienia „sosów”, czyli noc. Sosami nazywa się w malarstwie ciemne fragmenty obrazów, które chętnie stosowali malarze właśnie ze szkoły Rembrandta. Ta ciemność wydaje się aż gęsta – jak sos właśnie. Dzięki niej jasne fragmenty obrazu wydają się silnie oświetlone. Zestawienie tych rzeczy wnosi do malowidła efekt tajemniczości i pozwala zwrócić uwagę na rzeczy ważne. W tym obrazie na ważne wyglądają duchy niebieskie, czyli aniołowie różnej rangi. Te małe i tłuste golaski ze skrzydłami to chyba anielska drobnica, niebiańskie pionki. Podobnych w sztuce baroku – a to jest sztuka baroku – było pełno, widzimy je często w kościołach. I niekoniecznie się nam podobają. Ja w każdym razie nie gustuję.
Najważniejszy jest chyba anioł stojący na chmurce, który wygląda, jakby coś komuś tłumaczył. Pewnie właśnie oznajmia pasterzom, że w Betlejem urodził się Zbawiciel i że mają się tam udać. Konkretnie tam, gdzie wskazuje prawą ręką.
Pasterze, jako istoty niezdolne do latania, to oczywiście ci ludzie w dolnej części obrazu. Można ich poznać po braku skrzydeł (bo nie są aniołami), braku liści (bo nie są palmą), po braku rogów (bo nie są krowami albo kozłami) i braku wełny (bo nie są owcami). Aha, sierści też nie mają. To, co ją ma, to jest pies.
Widoczne na obrazie kobiety najwyraźniej się boją, próbują się osłaniać przed źródłem światła bijącego z góry. Faceci też na niewzruszonych nie wyglądają. Raczej na zalęknionych i nabożnych. Jeden, ten, co wygląda jak Russell Crowe, to nawet ręce złożył jak do modlitwy.
W sumie trudno się dziwić, bo takie zjawisko na niebie to dosyć niecodzienny widok, przyznacie, prawda? Flinck upodobał sobie takie malarstwo, a ludzie też je sobie upodobali, dzięki czemu otrzymywał wiele zleceń, w tym od władców, którzy oprócz pieniędzy obdarzali go rozmaitymi zaszczytami. Gdyby było inaczej, raczej nie poślubiłby córki dyrektora Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – a poślubił.
Jak widać, w tamtych czasach artyści nie zawsze byli biedakami, w każdym razie nie w Niderlandach, gdzie niektórzy z nich osiągali wysoki poziom nie tylko swojego artyzmu, ale też zamożności. No i dobrze.
A ja wam życzę odnalezienia odpowiedniej liczby fałszerstw, czyli tym razem dziewięć.
Fałszerstwa ujawnione
No to, drogie smoki, losujemy zwycięzców. Są nimi tym razem Bogna Szewerda z Mamą z Tarnowskich Gór.
Gratuluję niebywale.
| ADRES: | KONTAKT: |
|
Mały Gość Niedzielny |
redakcja@malygosc.pl
|