nasze media Najnowszy numer MGN 07-08/2020

Franek Fałszerz

|

MGN 04/2006

dodane 28.05.2020 19:06

Siła na płótnie

Peter Paul Rubens (1577 - 1640), „Zdjęcie z krzyża”, 1611-14

Siła na płótnie   To dziwne, ale ja jeszcze nigdy nie przedstawiałem wam jednego z największych malarzy świata, Petera Paula Rubensa. Zapytacie, dlaczego. – A tak jakoś się nie złożyło – odpowiem. Teraz się wreszcie złożyło, bo wielki post to odpowiedni moment, żeby zaprezentować Rubensowskie „Zdjęcie z krzyża”. Nie musiałem, co prawda, zajmować się akurat tym dziełem, bo Rubens w swoim życiu namalował 1400 obrazów, ale w końcu coś musiałem wybrać. Malarz to dziwak i biedak – tak często myśli się o dawnych mistrzach pędzla.

Jakoś tak się działo, że istotnie wielu artystów miało ciężkie życie. Nawet gdy ich talent został doceniony, to często i tak umierali w nędzy. Jeśli jednak na tym polegałoby bycie malarzem, to by oznaczało, że Rubens malarzem nie był. Bo akurat on był bogaty przez całe życie, uroczy w sposobie bycia i szczęśliwy. Nie byłoby tego pewnie, gdyby mieszkał zbyt długo w okolicach Kolonii, gdzie się w 1577 roku urodził. Jego ojciec uciekł tam z rodziną z Antwerpii (dziś Belgia), bo był zwolennikiem reformacji. W Kolonii tata był bezpieczny, bo panowali tam protestanci. Ale oni niespecjalnie lubili bogactwo sztuki, zwłaszcza w kościołach. Ogołocili je z ozdób, rzeźb i obrazów, a tym bardziej nie zamawiali nowych.

To nie było dobre miejsce do rozwijania talentu malarskiego. Tak więc, gdyby mały Peter tam pozostał, aż stałby się dużym Peterem, nazwisko Rubens mówiłoby nam pewnie tyle, ile mówi nam nazwisko Hessel. – A kto to taki ten Hessel? – zapytacie. No właśnie nie wiem – i to samo byłoby z Rubensem. Ale historia potoczyła się inaczej, bo gdy mały Rubens miał 10 lat, jego ojciec zmarł. Wtedy matka zabrała swoje liczne dzieci i wróciła do Antwerpii. Tam sztuka aż kipiała, bo Kościół katolicki w ramach tzw. kontrreformacji ozdabiał świątynie jak tylko się dało. To wtedy rozkwitł prąd w sztuce, zwany barokiem.

To był wymarzony świat dla Rubensa. Mama posłała go do najlepszych szkół, a gdy okazało się, że ma zdolności malarskie, ułatwiła znalezienie dobrych mistrzów pędzla. Gdy sam zaczął malować, błyskawicznie uznano go za znakomitego artystę. A potem to już same sukcesy. Był malarzem nadwornym książąt i królów, jeździł po świecie, a zwłaszcza po Włoszech. Właśnie tam Rubens poznał dzieła najwspanialszych mistrzów, włącznie z tymi starożytnymi. Ślady jego zachwytu znaleźć można w wielu dziełach, również w tym, które tu widzicie. Zauważcie, że zdejmowany z krzyża Pan Jezus przypomina Laokoona ze starożytnej rzeźby (zdjęcie obok).

To jedno z dzieł podziwianych przez malarza w Rzymie. Ale Rubens nie był naśladowcą. On połączył odkrycia poprzedników z własnymi pomysłami i stworzył coś swojego, malarstwo o potężnej sile. Ta siła jest w jego obrazach. Tam jest życie, kolor, światło i ruch. Kiedy ogląda się obrazy Rubensa, można pomyśleć, że dawniej to wszyscy się dobrze odżywiali i mieli atletyczną budowę. Ktoś nawet powiedział, że on się powinien nazywać „Grubens”, bo malował „grube baby”. No, może nie zaraz grube i nie tylko „baby”, ale rzeczywiście, dzisiejsze modelki nie miałyby u niego szans. Szanse miały za to głównie jego dwie ukochane żony. Żeby nie było niejasności: Nie miał dwu żon naraz. Tę drugą poślubił jako wdowiec. Zarówno pierwsza, jak i druga – sądząc po obrazach, do których często mu pozowały – miały dość konkretne rozmiary. Chyba Rubens akurat w takich gustował, dzięki czemu do dziś o osobach „ponadwymiarowych” mówi się, że mają rubensowskie kształty. Może to się niektórym nie podoba, ale chyba lepiej być rubensiakiem niż szkieletem. A najlepiej być sobą. Fałszerstw jest osiem. Pozdrawiam Was straszliwie.