On na mnie patrzył

MGN 05/2009

publikacja 07.04.2009 14:39

Każdego roku do Manoppello, niewielkiej miejscowości w środkowych Włoszech przyjeżdża coraz więcej ludzi. Chcą spojrzeć w oczy Jezusa. Stanąć przed Nim twarzą w twarz. Trzy osoby opowiedziały „Małemu Gościowi” o spotkaniu z Jezusem w Manoppello.

SIOSTRA BLANDINA PASCHALIS SCHLÖMER   SIOSTRA BLANDINA PASCHALIS SCHLÖMER
trapistka
fot. JAKUB SZYMCZUK
Siostra Blandina Paschalis Schlömer

trapistka
Zwiedzający Manoppello pytają czasem: „A dlaczego On taki brzydki?”. Odpowiadam: „Wizerunek pokazuje, że piękna trzeba szukać głębiej”. Niektórych może On rozczarować, bo spodziewali się Kogoś przystojniejszego. Żeby w tym skatowanym Obliczu zobaczyć piękno, potrzebna jest przemiana serca. Widzimy to, co mamy w sercu. Gdy poświęca się czas na siedzenie przed Welonem, to można spotkać żywą osobę. Naprawdę! Przebywasz z żywym człowiekiem! Ja też na początku miałam wątpliwości, czułam ogromny niepokój, nie od razu zachwycił mnie ten Wizerunek. Mieszkałam wtedy w Niemczech w klauzurowym klasztorze. Znajomego zakonnika poprosiłam, by zrobił mi zdjęcia naturalnej wielkości: wizerunku z Manoppello i twarzy Jezusa odciśniętej na Całunie Turyńskim. Przysłał mi te odbitki, ale pomylił się: na opak położył negatyw i twarz z Manoppello wywołał odwróconą.

Nijak nie pasowała do Całunu. Musiałam przystawić te fotkę do lustra i dopiero wtedy ujrzałam prawdziwą twarz Jezusa. Zauważyłam uderzające podobieństwo Oblicza na chuście z Manoppello z tym utrwalonym na Całunie Turyńskim! Zgadzały się nie tylko proporcje twarzy, ale i ślady zranień. Pamiętam świetnie tę chwilę. Moje serce ogarnął dziwny spokój. Wierzę, że Welon z Manoppello jest chustą, którą położono na twarzy zmarłego Jezusa. Jego ciało opatulono całunem, a na twarz położono bisiorową chustę. Jestem przekonana, że tajemniczy obraz powstał w chwili zmartwychwstania. Dzięki promieniowaniu niewyjaśnionym przez naukę, na Całunie Turyńskim znalazł się wizerunek umęczonego Chrystusa a na welonie z Manoppello odbicie twarzy Zmartwychwstałego. Nie przypuszczałam, że wyląduję w tym włoskim sanktuarium. Budowałam klasztor we wschodnich Niemczech a jednocześnie zaczęłam coraz częściej myśleć o Manoppello.

Ludzie pisali: „Musisz tu przyjechać!”. – A z czego będziesz się utrzymywać? – zapytała przełożona. – Z malowania ikon – powiedziałam. – Jeśli Bóg znajdzie mi erem, pojadę. Ludzie z Manoppello znów napisali: „Mamy dla siostry dom”. – No, to jedź na kilkanaście dni, na próbę – zdecydowała przełożona. I pojechałam. To był skok na głęboką wodę. Jechałam do obcego kraju. Ale Ktoś mnie tu ciągnął. Zaufałam Bogu i ruszyłam w nieznane. Wpatrując się w twarz z Manoppello czuję wielką dobroć. Czuję na sobie przenikliwe spojrzenie. Jezus ma oczy baranka. Nie ma w nich cienia oskarżenia. Są tacy, którzy nic nie widzą i niczego nie czują. Wychodzą zawiedzeni. By to zobaczyć, potrzebne są oczy wiary. Jakie oczy ma Jezus? To zależy od światła. Jego twarz każdego dnia jest inna. Czasami wyjeżdżając z Manoppello nie pamiętasz twarzy. Ale zostaje coś więcej: Spotkałeś żywego człowieka. To przeżyło w Manoppello tysięcy ludzi. – Jezus na nas patrzył – opowiadają wzruszeni.

JAN BUDZIASZEK   JAN BUDZIASZEK
muzyk, perkusista
fot. JÓZEF WOLNY
Jan Budziaszek

muzyk, perkusista
Pewnego dnia zadzwonił do mnie przyjaciel z zaproszeniem od księży Chrystusowców. Bardzo chcieli się ze mną zobaczyć w Watykanie. Od dawna czekali aż przyjadę, a ja wciąż nie miałem wolnego terminu. Tym razem nie mogłem się już wymigać. Przyjąłem zaproszenie, ale pod jednym warunkiem. – Musisz mnie zabrać do Manoppello – powiedziałem do przyjaciela. Zgodził się. Pamiętam, że w tamtym czasie nie mogłem oderwać się od książki Paula Badde „Boskie Oblicze”, która opowiada o największej sensacji XXI w., czyli odnalezieniu w Abruzji na wschodnim wybrzeżu Włoch, w niewielkiej wiosce poszukiwanego od czterystu lat Całunu z odbiciem twarzy Zmartwychwstałego.


Wyjechaliśmy skoro świt. Do przejechania mieliśmy ponad dwieście kilometrów przez góry. Podobno na czas sjesty sanktuarium zamykają o 12.00. Na parkingu przed kościołem, nie czekając na moich przyjaciół, pierwszy wyskoczyłem z samochodu. Pobiegłem do kościoła i stanąłem jak wryty. W monstrancji nie zobaczyłem nic! Tyle moich zabiegów i oczekiwań, a tu wielkie nic! Już chciałem odwrócić się i wyjść z kościoła. Coś mnie jednak tchnęło, żeby podejść do ołtarza i przeprosić Pana za całe moje grzeszne życie. Uklęknąłem przy balaskach i podniosłem głowę. Wtedy w monstrancji pojawił się delikatny zarys twarzy.


Z boku ołtarza są schody. Poszedłem tam. Twarz z obrazu spoglądała na mnie jak żywa. Oczy mężczyzny patrzyły na mnie jakbym był starym znajomym. Nie było w nich żadnego bólu, gniewu czy przekleństwa, może tylko zdziwienie. Twarz Chrystusa poruszała przy każdym poruszeniu mojej głowy, ale jej wyraz zawsze pozostawał niezwykle łagodny. Co chwilę ktoś mnie trącał w ramię, ale nie reagowałem. – Już dwie godziny czekamy na ciebie – pociągnął mnie mocno mój przyjaciel. Byłem przekonany, że nikt nie jest w stanie odkleić mojego nosa od szyby, oddzielającej mnie od Całunu. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie przeżyłem.

GRZEGORZ GÓRNY   GRZEGORZ GÓRNY
reżyser fi lmu dokumentalnego „Boskie oblicze” o chuście z Manoppello
fot. JAKUB SZYMCZUK
Grzegorz Górny

reżyser filmu dokumentalnego „Boskie oblicze” o chuście z Manoppello

Spoglądam na wizerunek męskiej twarzy, przy którego powstaniu nie użyto farby, i który nie miał prawa zaistnieć, bo taka jest struktura materiału, na jakim widnieje. Zaczynam rozumieć, co mieli na myśli starożytni, gdy używali określenia „acheiropoietos” – „nie ludzką ręką namalowany”. Pierwsze wrażenie wielu osób (także tych, które były wtedy ze mną w Manoppello) to rozczarowanie: „Przecież to nie jest ta twarz...”. To jakby dalekie echo rozczarowania uczniów idących do Emaus: „A myśmy się spodziewali…”. Skutek zderzenia naszych wyobrażeń o Jezusie z rzeczywistością. Im dłużej wpatruję się w tą twarz, tym bardziej się ona zmienia. Raz wygląda jak obraz, innym razem jak fotografia, to znów jak hologram. Nie daje się uchwycić i ogarnąć jednym spojrzeniem. Jest inna za każdym razem w zależności od kąta spojrzenia czy padającego światła.


Kiedy kościół jest otwarty i na ołtarz pada światło słoneczne, chusta robi się nagle przezroczysta, a wizerunek znika. To oblicze zaprasza do modlitwy, do kontemplacji. Jest niezwykle łagodne, delikatne i nienarzucające się. Wszystkie intencje i prośby, z którymi przyjechałem do Manoppello, nagle okazują się nieważne i opadają ze mnie. Jest tylko jedno: pragnienie bycia razem, cieszenia się obecnością Tej Twarzy. To Oblicze tak wciąga, że ma się poczucie nawiązywania relacji z żywą osobą. Przez dwie godziny klęczę w pustym kościele, z bliska wpatruję się w twarz, która wpatruje się we mnie – niesamowite są te oczy, które jak żywe spoglądają na mnie z wyrazem czułości – i mam wrażenie, że Ten, który spogląda na mnie, zna mnie bardzo dobrze. Nie trzeba więc niczego tłumaczyć, wystarczy być.


Paul Badde opowiadał mi, że ogarniały go dreszcze na samą myśl, że może do woli kontemplować wizerunek, przed który niegdyś dopuszczano jedynie cesarza Bizancjum i to tylko raz w roku. Przyznaję, że też byłem przejęty, gdy uświadamiałem sobie, że mogłem wpatrywać się w płótno, które leżało z Chrystusem przez trzy dni w grobie i które utrwaliło ślad Jego zmartwychwstania. Nic dziwnego, że kardynał Joachim Meisner rok wcześniej padł w tym miejscu na kolana i powiedział: „Dziś spotkałem Wielkanocnego Pana”. Wiele widziałem obrazów Jezusa, ale tylko o tym mogę powiedzieć, że było to spotkanie.