Obraz, który widzicie poniżej, namalował Caravaggio, słynny włoski malarz. To jedno z najbardziej znanych jego dzieł. Można je oglądać w Rzymie, w kaplicy Kościoła św. Ludwika, niedaleko Piazza Navona, pięknego placu z trzema fontannami. Mówi się, że jeśli ktoś odwiedza Wieczne Miasto i nie zajrzy do tej kaplicy, to trochę tak, jakby pojechał do Neapolu i nie spróbował pizzy.
I to chyba niestety o mnie, bo niedawno w Rzymie byłam i do tej kaplicy nie zajrzałam. Jedynym moim wytłumaczeniem jest to, że byłam naprawdę na krótko i już mam postanowienie poprawy.
Ale wróćmy do obrazu. Powiedzieć, że piękny, to nic nie powiedzieć. To dzieło przede wszystkim do nas mówi. O czym? O wołaniu Pana Jezusa. Ale wołania przecież nie słychać. To prawda. Jednak On woła. Jak to robi? Wyciąga rękę i wskazuje: „Ty pójdź za mną!”. Kogo woła? Z tytułu wiadomo, że celnika Mateusza, bo obraz nazywa się „Powołanie św. Mateusza”.
Incamerastock /Alamy Stock Photo/BEW
To o tyle ciekawe, że niektórzy na tym obrazie wcale nie są zainteresowani pojawieniem się Jezusa. Widać to wyraźnie. Jeden ma ważniejsze sprawy na głowie – musi policzyć pieniądze. Drugi sprawdza, czy tamten dobrze liczy. Pozostali zauważyli, że ktoś wszedł, trochę się zdziwili, spojrzeli zaciekawieni. Ewangelia mówi, że Jezus wskazał na Mateusza. Ale który to spośród nich? Jedni twierdzą, że to ten, który wskazuje palcem, jakby pytał Jezusa: „Czy mnie wybierasz?”. Inni mówią, że Mateusz to ten, który liczy pieniądze i jest tak zajęty, że nawet nie zauważył, kiedy Bóg wszedł. Jedno jest pewne: Jezus woła. W tej grupie zawołał Mateusza. Tego się nikt nie spodziewał, a już na pewno nie sam Mateusz. Do głowy mu nie przyszło, że już za chwilę jego życie zmieni całkowicie, że już nie będzie takie samo.
Bóg przychodzi i woła… często wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Zapytałam naszego arcybiskupa Andrzeja, czy jako dziecko chciał być księdzem. Zaprzeczył. Powiedział, że gdyby ktoś go wtedy o to zapytał, zareagowałby śmiechem albo nawet złością. Kompletnie nie to mu było w głowie. Dzisiaj tamten mały Andrzej jest biskupem (czytajcie całą rozmowę na str. 6–7).
Historia po-wołania dzieje się dzisiaj, wśród zwykłych ludzi. To chciał pokazać Bruno Desroche, francuski malarz, który dzieło Caravaggia z biblijnym powołaniem św. Mateusza przeniósł w XXI wiek.
To, co widzicie na okładce, rozgrywa się w mieszkaniu młodych ludzi, chyba studentów. Mają swojej sprawy, zainteresowania, odpoczywają po tygodniu nauki. I w takie miejsce wchodzi Jezus. Nie wszyscy reagują. Jedni są zaskoczeni, zdziwieni, może nawet się wystraszyli.. A niektórzy jakby pytali: „Czy mnie wybierasz?”.
Popatrz na okładkę, ale tak dłużej. Nie patrz na Jezusa, ale na tych chłopaków. Na ich twarze, na reakcje. Spróbuj dopasować siebie do nich. Który do Ciebie pasuje najbardziej? Ten zdziwiony, zaciekawiony czy totalnie obojętny? A może ten, który pyta: „Czy mnie wybierasz?”. Arcybiskup Andrzej mówi, że trzeba się odważyć, bo można zmarnować takie po-wołanie.
Pozdrawia Was Gabi Szulik
z życzeniem odwagi właśnie