nasze media Mały Gość 10/2026

Wasz Franek fałszerz

|

Mały Gość 10/2026

dodane 24.09.2026 12:00

Młody byk i złoto

Tańce to niezła rzecz. Modlitwa też. I góry. Wszystko to występuje na tym obrazie i jest dobre. Ale jest też młody byk. Kiedyś mówiło się na takiego byczka „cielec”. Dzisiaj też się tak mówi, ale zazwyczaj z dodatkiem „złoty”.

I tu jest problem, bo o ile zwykły byczek jest dobry, zwłaszcza jak się go dobrze przyrządzi, o tyle złoty cielec już taki dobry nie jest. Nawet nie dlatego, że do jedzenia się słabo nadaje. Raczej dlatego, że – według niektórych – nadaje się do oddawania mu czci. Niestety, było to też zdanie wielu Izraelitów, a komu jak komu, ale im naprawdę tak uważać nie wypadało. Oni przecież widzieli cuda prawdziwego Boga i to takie, jak otwarcie przejścia przez morze, jak manna i przepiórki z nieba, i wiele innych. I zauważyli już, że Bóg nie chce, żeby Go ludzie traktowali tak, jak poganie traktują zrobione przez siebie bożki. A jednak to zrobili. Bo Mojżesz, ich przewodnik, poszedł na górę Synaj i długo nie wracał, więc oni się zniecierpliwili i poprosili Mojżeszowego brata, arcykapłana Aarona, żeby im zorganizował takiego cielca, do którego mogliby się modlić i który by ich poprowadził przez pustynię. Ciekawe, jak taki cielec miałby kogokolwiek prowadzić, gdyby go ludzie nie prowadzili.

Ale cóż, Aaron zebrał od ludzi złoto i odlał z niego byczka, czyli cielca właśnie. Taki wielki jak na obrazie to ten posąg raczej nie był. Tyle złota trudno by było w ogóle zebrać. Ale artysta, pan Henri-Paul Motte, do namalowania złotego cielca nie potrzebował złota, więc mógł sobie pozwolić na tak duży posąg. Dzięki temu osiągnął wrażenie jakiegoś przytłoczenia, co wzmocniła jeszcze tak zwana żabia perspektywa, czyli przedstawienie sceny tak, jakby się ją obserwowało z dołu.

Nad częściowo roztańczonym, a częściowo rozmodlonym tłumem wznoszą się skaliste ściany Synaju, które stanowią dziwny kontrast z trwającą na dole dyskoteką. Malarz po mistrzowsku pokazał te różnice między bezruchem i dostojeństwem gór a wybuchem ludzkich emocji.

Ponad tym wszystkim jest jeszcze atmosfera napięcia, którą odczuwa ktoś, kto zna tę historię z Księgi Wyjścia. Przypomnę, że za chwilę pojawi się Mojżesz, schodzący z góry z kamiennymi tablicami przykazań. Gdy zobaczy, co ten jego lud wyprawia, wścieknie się tak bardzo, że stłucze tablice, porwie cielca i wrzuci go do ognia, potem zetrze na proch, rozsypie w wodzie i każe Izraelitom ją pić. Gdyby to był tak duży cielec jak na obrazie, to ani by go porwać się nie dało, ani wrzucić do ognia. A jak taki kawał złota zetrzeć na proch? Toby się przecież Mojżesz zaharował na śmierć. No i w końcu gdyby ludzie mieli wypić tyle złotej zawiesiny, to by się stali więcej warci – a chyba nie o to chodziło. A potem jeszcze Mojżesz z lewitami pozabijali za karę dość dużo mężczyzn. No i jak człowiek to wszystko wie, to patrzy na taki obraz z pewnym niepokojem, tak jakby sam tam był i przeczuwał, że za chwilę nikomu nie będzie ani do tańca, ani do pokłonów przed bożkiem.

A teraz trochę o technice. Otóż ten obraz – i wiele innych – pan Motte namalował w stylu akademickim, czyli realistycznie, z dbałością o szczegóły. Kostiumy, biżuteria, fryzury z epoki – wszystko przemyślane i świetnie namalowane. Cóż, musiał się starać, bo koniec XIX wieku, gdy dzieło powstało, to czas schyłku malarstwa akademickiego. Pojawiła się mocna konkurencja w postaci impresjonizmu i paru innych szkół malarstwa. Motte pozostał wierny akademizmowi i tworzył dzieła widowiskowe, które miały przyciągać tłumy na paryskie salony sztuki.

Ciekawostką jest, że styl pana Motte, w tym ten właśnie obraz, wywarł wpływ na wczesne kino hollywoodzkie. Wtedy powstawały biblijne superprodukcje, takie jak „Dziesięcioro przykazań”. Widać w nich, że reżyserzy wzorowali się właśnie na jego obrazach.

Dobra, wystarczy. Tym razem fałszerstw jest osiem.

Powodzenia, smoki!