nasze media Mały Gość 3/2026

Wasz Franek fałszerz

|

Mały Gość 3/2026

dodane 19.02.2026 12:00

Najlepsza cząstka

Henryka Siemiradzkiego kojarzycie, co? A Nerona? No właśnie – jeśli jeszcze nie widzieliście „Pochodni Nerona” w krakowskich Sukiennicach, to zobaczcie. Potężny obraz. I wspaniały, że aż strach.

Siemiradzki, który go namalował, podarował go Krakowowi, aby dać początek tworzonemu Muzeum Narodowemu w Sukiennicach. Miał chłop gest, bo taki obraz nawet za jego czasów byłby bardzo drogi. A dzisiaj to już w ogóle. Na przykład obraz „Żebrzący Rozbitek” poszedł na aukcji w Londynie za 1 082 500 funtów, czyli za ponad 6 milionów złotych. A to wcale nie jest jego najważniejsze dzieło.

Siemiradzki był rozchwytywany i jest rozchwytywany, co jest rzadkie wśród malarzy akademickich. Bo kiedyś byli bardzo cenieni, a potem już mniej.

Przypomnę szybko, co to jest akademizm. Albo nie szybko – normalnie przypomnę, a Wy sobie czytajcie szybko albo powoli – jak kto woli (o, zrymowało się).

Otóż malarstwo akademickie sięgało do klasycznych zasad sztuki, które wywodzą się z antyku i renesansu. Zazwyczaj jest to malarstwo realistyczne, czyli nie tam żadna abstrakcja czy inny kubizm. Akademicy dbali o precyzyjne oddanie detali, o harmonię kompozycji i klasyczne proporcje ciała. Postacie na obrazach są często wyidealizowane. Najbardziej cenione były tematy historyczne, mitologiczne, religijne i alegoryczne. Wszystko to wymagało mistrzostwa technicznego – akademicy po prostu umieli świetnie malować. W innym wypadku wywaliliby ich z akademii i nie byliby żadnymi akademikami.

Dobra, wystarczy o tym. A teraz o malarstwie Siemiradzkiego: skąd jego popularność? Ano, bo mało kto tak malował, a wszystkim się podobało. Jego obrazy są pełne życia, koloru, głębi. Człowiek, patrząc na nie, ma wrażenie, jakby był tam w środku.

Ten obraz, który tu fałszuję, też to ma. To właściwie ilustracja do sceny z Ewangelii według św. Łukasza (10,38-42). Pan Jezus naucza w domu Marty i Marii w Betanii. Prawie czuje się tę atmosferę – słoneczny i gorący dzień, ale Chrystus i Maria, a także stojąca w głębi po lewej Marta, znajdują się w cieniu rzucanym przez roślinność. Niezwykle przyjemna scena. Jezus jest oświetlony delikatnymi refleksami światła, co dodaje obrazowi naturalności. Maria siedzi u stóp Chrystusa, zasłuchana w to, co mówi. Postać Marty znajduje się na drugim planie, co wskazuje, że jest zabiegana przy obowiązkach gospodarza. Trzymając w ręku dzban, spogląda z wyrzutem na siostrę, która siedzi i nie chce jej pomóc.

Jak wiemy, Pan Jezus pochwalił Marię za to, że „obrała lepszą cząstkę”, czyli bycie przy Chrystusie i słuchanie Go. O to często mają żal gospodynie domowe, bo mówią, że przecież ktoś musiał przygotować posiłek dla gości, zwłaszcza samego Jezusa. I to prawda, ale Chrystus nie zganił Marty za to, że pracuje, zauważył tylko, że „troszczy się o wiele”. A to niepotrzebne, bo wystarczy robić swoje i zaufać. Skoro Pan Jezus rozmnożył chleb, to i potrafił sprawić, żeby samej Marcie wszystko poszło bardzo sprawnie.

No ale ja tu jeszcze chcę trochę opowiedzieć o Henryku Siemiradzkim. Otóż był on polskim szlachcicem, urodzonym het na wschodzie, niedaleko Charkowa. Polska w tym czasie była już podzielona na kawałki, z których największy zgarnęła Rosja. Henryk w latach 1864–1870 studiował malarstwo w Sankt Petersburgu. Był tak dobry, że otrzymał złoty medal i stypendium na wyjazd do Włoch. Więc wyjechał do Rzymu i tam założył pracownię. Często spotykali się w niej polscy artyści. Był członkiem wielu akademii europejskich. Malował wielkie, a nawet ogromne obrazy, pełne postaci, często w otoczeniu znakomitych budowli i wspaniałej przyrody. W 1884 r. kupił dworek w Strzałkowie koło Radomska, gdzie wraz z rodziną spędzał letnie wakacje. Tam też w 1902 r. zmarł. Rok później jego prochy przeniesiono z Powązek do krypty zasłużonych na Skałce w Krakowie.

I słusznie, bo Henryk Siemiradzki rozsławił Polskę (choć jej wtedy na mapie nie było) jak mało kto.

No to, smoki, szukajcie fałszerstw, których tym razem jest osiem.