Dotyk Boga pod prysznicem

Gabriela Szulik

|

MGN 05/2007

publikacja 02.04.2007 10:53

Dowód 3. Chodził na religię, na Msze w niedzielę, ale bez większego przekonania. Odstawał swoje w kościele. W końcu odszedł. Wiara do niczego nie była mu potrzebna.

Dotyk Boga pod prysznicem Witold Cempel po wielu latach wpadł wprost w otwarte ręce kochającego Jezusa fot. JÓZEF WOLNY

Witek trafił w Piśmie Świętym na opisy męki Pana Jezusa. – O co tu chodzi? Dlaczego aż tak straszne cierpienie? – nie rozumiał kilkunastoletni chłopiec. Zniechęcony i przerażony odłożył Pismo Święte. A Jezus cierpliwie czekał. Witold Cempel, dziś doradca w zakresie zarządzania i sprzedaży, zatoczył ogromne życiowe koło. Po wielu latach wpadł wprost w rozpostarte ramiona kochającego Jezusa.

Magia, amulety i pierścienie
Ciekawiły go zawsze magiczne historie. – Pamiętam nawet taką bajkę w telewizji: Pieśń Arabelli – opowiada pan Witold Cempel. – Było to coś, co mnie fascynowało. Z czasem coraz bardziej. Czytałem o Trójkącie Bermudzkim, o pierścieniach różnego typu, o amuletach, o niewyjaśnionych sytuacjach. Takie tajemnice bardzo mnie pociągały. Kiedyś kilkunastoletni Witek wziął do ręki Pismo Święte. Trafił na fragment o cierpieniu Jezusa. – Te opisy mnie przestraszyły, nie rozumiałem, o co w tym chodzi – wspomina. I nie chciał już do tego wracać.
Witek miał kochających, wspaniałych rodziców, ale wiara nie była zbyt ważna w ich domu. Rodzice nie zabraniali, ale też nie zachęcali do chodzenia do kościoła. Dali synowi pełną wolność: „Jak nie chcesz, nie musisz”. – To były trudne czasy – wspomina. Witek w końcu odszedł od Kościoła. – Uznałem, że jestem niepraktykującym katolikiem, nigdy nie przeżyłem tego, że Pan Jezus istnieje. Wiara była dla mnie czymś zupełnie nieobecnym ani nie przydatnym w życiu.

Od sukcesów do ściany
Witold dorastał. Skończył liceum, studia, rozpoczął pracę, w której właściwie od początku odnosił spore sukcesy w kraju i za granicą. – Nie potrzebowałem Boga do swojego życia. Czułem, że świat jest u moich stóp – mówi. W końcu założył własną firmę. Pasmo sukcesów przerwała nagła śmierć ojca. To był początek problemów. – To, co dotąd szło bez trudu, jakoś dziwnie się nie udawało – wspomina. – Robiłem wszystko, co mogłem, oferowałem najlepsze usługi. Nic nie wychodziło. Nie wiedziałem, dlaczego. Coraz większe długi. ZUS zajął konta. – Nie miałem z czego spłacać kredytów – opowiada. W życiu osobistym też pojawiły się problemy. Miałem wrażenie, że doszedłem do ściany i nie mogłem już iść dalej. Nawet żyć mi się nie chciało.

Łzy w łazience
– Pewnego ranka przed wyjściem do pracy brałem kąpiel – opowiada dalej pan Witold. – Nagle olśniło mnie! Gdzieś w głębi serca zrozumiałem, że to, co Pan Jezus dokonał na krzyżu i sam krzyż, to nie symbol cierpienia, od którego trzeba odwrócić wzrok. Zrozumiałem, że cierpienie Jezusa nie jest odstraszające. To ogromny gest miłości posuniętej do granic, aż po krzyż! To było tak przejmujące, że nie mogłem powstrzymać łez. Jak ten prysznic lał się na mnie, tak lały się łzy po moich policzkach. To wstrząsnęło moim życiem. Wyszedłem z łazienki przeszczęśliwy, jako nowy człowiek, dla którego wszystko w jednym momencie stało się jasne. Dzisiaj wiem, że to był dotyk Pana Boga. – Ale zrobiłem wtedy błąd – przyznaje. – Zamiast pójść za tym głosem, spróbowałem wschodnich technik medytacyjnych, żeby poprawić sobie ten nastrój. Najpierw proste ćwiczenia, potem sięgałem nawet do lamów buddyjskich.

Ostatnie wyjście
Poprawiła się sytuacja w życiu zawodowym pana Witolda, ale w gruzach legło jego życie osobiste. – Te ćwiczenia powodują, że człowiek oddala się od prawdziwego Boga – mówi pan Cempel. – Doświadczyłem, że zły istnieje. Nie mogłem w nocy spać, miałem kołatania serca, podwyższone ciśnienie. – To było coś przerażającego – opowiada. – Znałem techniki mistrzów tybetańskich, które miały mnie uspokoić. Ku mojemu zdziwieniu było jeszcze gorzej. Szukałem pomocy u znanych bioenergoterapeutów – bez efektu. Poszedłem do lekarza. Przepisał tabletki – przestawały działać wtedy, kiedy ich potrzebowałem, czyli od wieczora przez całą noc. Sytuacja nie do rozwiązania. W końcu pan Witold wyjechał na urlop. Była to zima. Pojechał do ciepłych krajów, do Egiptu. – O nic nie musiałem się martwić – wspomina. – Przez dwa dni czułem się całkiem dobrze. Trzeciego dnia wszystko wróciło. I tak do końca urlopu. Wróciłem bardzo zniechęcony. Nie pomagały nawet rozmowy z najbliższymi. Zostało mi jeszcze jedno: pójść do kościoła. Co mi szkodzi? Spróbuję. Może pomoże, pomyślałem.

Z Jezusem przy stole
– Nie traktowałem tego jednak poważnie – mówi dalej. – Tym bardziej że wiele osób mnie zniechęcało, że przesadzam, że Kościół mi nic nie pomoże. Postanowiłem jednak pojechać do kościoła. Wchodzę i czuję, że mi się nogi uginają. Zrobiło mi się słabo. Wyszedłem. Ksiądz prowadzący Mszę miał bardzo przyjemny, ciepły głos. To mnie zachęciło. Poczekałem aż skończy się Msza i poszedłem zakrystii. Mimo że była to pora obiadowa, ksiądz wysłuchał mnie spokojnie i powiedział, że proponuje mi tylko jedno rozwiązanie: pojednanie z Panem Bogiem. – Jak to? Co to znaczy? Przecież ja nigdy się Pana Boga nie wyparłem! Pojednać się to znaczy wyznać, jak odpowiadał pan swoim życiem na 10 próśb Pana Boga – powiedział ksiądz. Chciałem to zrobić natychmiast, ale ksiądz zaproponował mi innego kapłana. Następnego dnia w innym kościele, w innym mieście wyspowiadałem się. Łzy mi się lały po policzkach strumieniami, gdy przechodziłem przez te wszystkie wydarzenia mojego życia. Siedzieliśmy przy stole, jak teraz, ale w tej rozmowie było coś niezwykłego. Gdy ksiądz udzielał mi rozgrzeszenia, odczułem ogromną ulgę, jakby coś odpadło ode mnie, jakbym został od czegoś uwolniony.

Dryblas w I Komunii
Z takim nastawieniem pan Witold poszedł od razu do kościoła. Akurat dzieci przystępowały do I Komunii Św. – I ja, taki dryblas – śmieje się – przystąpiłem z tymi małymi brzdącami do swojej pierwszej od lat Komunii św. Ksiądz Franciszek podbiegł jeszcze do mnie i dał mi do ręki różaniec. Powiedział, żeby mnie Matka Boska strzegła i w trudnych sytuacjach, żebym się modlił Różańcem. Tego wieczora nie wziąłem tabletek i spokojnie zasnąłem. Miałem namacalny dowód: Pan Bóg jest. Jest w moim życiu. On mnie uwolnił. A potem dawał dowody, że jest. – Miałem takiego kolegę, który nie bardzo wierzył w obecność świętych – opowiada pan Witold. – Mówił, że przecież nie ma tego w Piśmie Świętym, że świętych ustanawia Kościół, czyli ludzie. I zasiał we mnie wątpliwość. A ja z taką wiarą odmawiałem Koronkę do Miłosierdzia Bożego przekazaną przez św. siostrę Faustynę... Z takimi myślami przyszedłem do kościoła. Wchodzę, trwa Msza i słyszę: „Przestań wątpić! Stąd pochodzi twoje uzdrowienie! Tutaj jest prawda!”. Jakby mnie piorun raził. Otrzymałem odpowiedź. W kościele, podczas Mszy, przez usta kapłana.

Dowody Pana Boga
Któregoś dnia pan Cempel pojechał do Wadowic, do karmelitów. Chciał się wyciszyć od pracy, od telefonów. – Siedziałem i wpatrywałem się w tabernakulum. I Pan Bóg dawał mi odpowiedzi, których potrzebowałem. Mówił do mnie przez psalmy, przez Ewangelię. Przy wejściu do kaplicy były słowa św. Teresy: „Nie znajdziesz mnie w rzeczach świata, szukaj mnie na dnie serca swego”. Jednego dnia wybrałem się w góry, szlakiem Jana Pawła II. Wszedłem na niewielki szczyt, usiadłem na pniu, zamknąłem oczy i próbowałem szukać Boga w moim sercu. Kiedy tak siedziałem, nagle usłyszałem szelest. Otworzyłem oczy. Znad urwiska wybiegło stado łań. Biegły wprost na mnie. Jedna zaplątała się między moimi nogami. To było niezwykłe doświadczenie. Właśnie tego dnia rano słyszałem słowa z Pieśni nad pieśniami: „Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi! Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Umiłowany mój podobny do gazeli, do młodego jelenia”. (Pnp 2, 8 – 9) To był dla mnie kolejny dowód, że Pan Bóg istnieje. Odpowiada przez różne sytuacje, delikatnie poruszając nasze serca. – To, co mówię, może się wydawać niczym nadzwyczajnym – mówi na koniec pan Witold. – Ale dla mnie to było objawienie Boga. On dotknął mojego serca. Wie, którą jego strunę we mnie poruszyć. Nie zstąpił do mnie z nieba na chmurze. Pojawiał się tak delikatnie w moim życiu, że nie mam żadnych wątpliwości, że On jest.