Wzdłuż domu ustawia się spora kolejka. Jest tuż po dziesiątej. Będą tak stać jeszcze ponad godzinę. Aż z klasztoru zacznie się unosić smakowity zapach zupy.
Dwa razy dziennie u krakowskich albertynek czeka na bezdomnych posiłek
fot. TOMASZ KAWKA
Wchodzimy na furtę klasztoru sióstr albertynek w Krakowie przy Woronicza. – Siostra Magdalena czeka – wita nas siostra furtianka. – Gdzieś tu była… No, właśnie. Nam przez Kraków trudno było przejechać, a siostrze Magdalenie szkoda każdej chwili na bezczynne czekanie. Ale już jest. Biegnie przez klasztorne podwórko.
CZTEROLISTNA KONICZYNA
– Przez jakiś czas przychodził do nas taki pan – opowiada siostra Magdalena. – Chyba nawet przerwał studia wyższe. Nigdy nie zapomnę jego twarzy. Miał bardzo spokojne oczy. Czasem przyprowadzał kolegę. Kiedyś poprosił o zmianę opatrunku i była okazja, żeby trochę porozmawiać. Pytałyśmy, czy ma rodzinę. Mówił, że ma żonę i córkę, ale po prostu wstydził się tej swojej sytuacji i myślał, że nie ma po co wracać do domu. Uważał, że nie da się już tego naprawić. Któregoś dnia przyszedł i trzymał w palcach koniczynki: „Siostro, znalazłem dwie czterolistne i przyniosłem. Dla Siostry”. Taki był rozradowany, szczęśliwy, bo miał szansę na jakąś pracę, miał nadzieję, że coś się zmieni, że może wróci do domu. A po jakimś czasie przyszedł jego kolega i powiedział, że tamten pan nie żyje. Umarł nagle. Zwykle spali razem na jakimś śmietniku. A tamtego wieczoru chciał być sam. Nie chciał spać tam, gdzie zwykle. I zmarł. Do dzisiaj mam jego koniczynki – mówi siostra. – Trzymam je zasuszone w Piśmie Świętym.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł