Aby wymienić żarówkę, pan Romuald musi się wdrapać aż na 11 piętro. Od 32 lat pomaga żeglarzom odnaleźć dobry kierunek.
Tabliczki pokazują odległość do innych latarni morskich
fot. ROMAN KOSZOWSKI
Latarnia morska Stilo to drugi dom Romualda Łozickiego, starszego latarnika. Na szczyt tej ponadstuletniej budowli wdrapujemy się krętymi schodami. 138 stopni i… morze widać jak na dłoni. Dookoła las. Cicho, aż w uszach dzwoni. – Bo stille to po niemiecku cisza – śmieje się latarnik.
ZATOPIONY STATEK
Ze szczytu latarni dostrzegamy coś dziwnego. Jakby ktoś dwa kij e wbił w dno morza. Schodzimy na plażę, by przyjrzeć się temu z bliska. Okazuje się, że to maszty zatopionego statku. W 1970 roku statek duński West Star wpadł w czasie sztormu na mieliznę niedaleko brzegu. Sztorm miał siłę 12 stopni w skali Beauforta. Siedmioosobową załogę uratowano. Ale drobnicowiec z pękniętym kadłubem utknął tu na dobre. Tamtego dnia latarnikami na Stilo byli Stefan Łozicki, ojciec pana Romualda, i Longin Godula, ojciec innego latarnika pracującego dziś w tym miejscu. – Tata opowiadał o tamtej akcji – wspomina pan Łozicki. – Kiedy usłyszał informację ze statku: „Mayday”, powiadomił służby ratunkowe. Ciekawe, że kapitan nie chciał wsiąść na ponton ratunkowy ani uczepić się linki z helikoptera. Podobno uważał, że jest zbyt gruby. Dopiero po trzech dniach, gdy sztorm ucichł, kapitan opuścił wrak – opowiada latarnik.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł