O rety - rakiety!

Krzysztof Kwaśniewicz

dodane 16.06.2008 10:55

Od kiedy w czasie drugiej wojny światowej Niemcy rozwinęli broń rakietową do takiego poziomu, że stała się realnym zagrożeniem, świat żyje w nieustannej obawie przed atakiem rakietowym. Trwa ciągły wyścig między naukowcami, którzy udoskonalają rakiety przenoszące rozmaite pociski i tymi, którzy opracowują metody obrony przed nimi.

O rety - rakiety!

Kiedy dawno, dawno temu, pojawiły się w uzbrojeniu łuki, bardzo szybko wymyślono tarcze. Podobnie jest z rakietami. Tylko że w czasie II wojny światowej były to rzeczywiste tarcze – jak na przykład zapory z balonów naokoło Londynu. Dziś tarcze są tarczami tylko z nazwy. To skomplikowane systemy, które używają rozmaitych środków do wykrycia, namierzenia i w końcu zniszczenia wrogiego pocisku. Najbardziej skomplikowany i rozwinięty taki system mają Stany Zjednoczone. Jego początki sięgają zimnej wojny. Potem rozwijał się w słynnym programie gwiezdnych wojen (wbrew nazwie, nie angażowano tam rycerzy Jedi). Dziś to po prostu system obrony przeciwrakietowej.

Informacja najważniejsza
Zasada działania tarczy rakietowej jest banalnie prosta. Po pierwsze, gdy jakieś państwo odpali rakietę, trzeba się o tym natychmiast dowiedzieć. Po drugie, trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście jest to zagrożenie, czy tylko kolejny satelita szpiegowski leci na orbitę. Po trzecie, trzeba namierzyć rakietę i ustalić, dokąd dokładnie leci. Po czwarte, jeżeli faktycznie stanowi zagrożenie – trzeba ją zniszczyć. To wszystko. Na pierwszy rzut oka wygląda bardzo prosto. Ale tylko na pierwszy. Wojskowi dzielą lot każdej rakiety na trzy części. Pierwsza – to start i wznoszenie. Druga – to lot do celu. Trzecia – to sama końcówka: opadanie i uderzenie w cel. Idealny system antyrakietowy pozwala na zniszczenie pocisku już podczas pierwszego etapu.

Oczywiście, żeby mieć pewność, że system jest skuteczny, obejmuje on cały zestaw rozmaitych technik, pozwalających na zniszczenie wrogiej rakiety w każdym momencie lotu, tak na wszelki wypadek. Najpierw jednak, trzeba się o niej dowiedzieć. Cała kula ziemska otoczona jest sporym stadkiem satelitów szpiegowskich. Ich zadanie to między innymi wyszukiwanie źródeł ciepła. Oczywiście, jeżeli rozpalicie grilla w ogródku, satelity to zarejestrują, ale nie podejmą działania. Co innego, jeżeli pojawi się źródło ciepła przypominające start rakiety. Wtedy podnoszony jest alarm, rozpoczyna się próba sprawdzenia, co się tak naprawdę dzieje. Biorą w niej udział rozmaite stacje obserwacyjne, między innymi nowoczesne radary rentgenowskie. Zdobyte informacje przesyłane są do centrum dowodzenia i tam podejmowane są decyzje. Jeżeli wszystko wygląda groźnie, i prawdopodobnie jest to atak, wtedy wkraczają kolejne elementy tarczy.

Podstawić nogę
O ile do tego momentu głównie prowadzono działania obserwacyjne, teraz nadchodzi czas na podjęcie jakiejś akcji. W zależności od tego, w której fazie lotu znajduje się wrogi pocisk, tarcza antyrakietowa ma do dyspozycji kilka możliwości. Od specjalnych rakiet, które mają za zadanie zniszczyć przeciwnika, poprzez samoloty z bardzo silnymi laserami (to nie bajka, możecie zobaczyć taki samolot na zdjęciu, to pierwsze zastosowanie w praktyce broni laserowej), poprzez „sprytne” pociski, które mają za zadanie ogłupić wroga i zmusić do przedwczesnego wybuchu, aż po całe transportery mikrorakiet, które ustawiają się na drodze wroga. Na samym końcu są jeszcze rakiety systemu Patriot, słynne od czasu wojny w Zatoce Perskiej. Są one miniaturką całej tarczy antyrakietowej. Są częścią systemu, ale mogą też pracować samodzielnie. Każda jednostka Patriotów ma własny radar, komputer sterujący i transport.

1/3 to bardzo dużo
Tak rozbudowany zestaw pozwala mieć nadzieję, że żaden z wrogich pocisków nie doleci nad terytorium amerykańskie. Na szczęście, jak do tej pory, nie trzeba było sprawdzać go w praktyce. Jedynie Patrioty przeszły już chrzest bojowy, i okazały się całkiem skuteczne. Oczywiście nie w stu procentach. W czasie wojny w Zatoce Perskiej okazało się, że bardzo istotny dla pracy Patriotów jest czas. Kiedy pewnego dnia system komputerowy „zgłupiał” i nie zestrzelił nadlatującego pocisku, okazało się, że winny był zegar. W pracującym już od ponad stu godzin systemie pojawił się błąd zegara wynoszący 1/3 sekundy. To wystarczyło. Wroga rakieta została zauważona, namierzona i system wyliczył, gdzie powinna pojawić się za chwilę. Niestety, nie pojawiła się, więc sprawa została zakwalifikowana jako fałszywy alarm. Tymczasem jednak rakieta była, ale o 600 m dalej. Ta pomyłka kosztowała życie 28 żołnierzy. Mimo pewnych niepowodzeń Patrioty okazały się na tyle skuteczne, że w tej chwili pracuje już trzecia generacja tej broni. Planowane są dalsze unowocześnienia i pewnie niedługo usłyszymy o „czwórce” czy „piątce”. Patrioty są używane i sprawdziły się na polu walki. Inne systemy tarczy antyrakietowej – na szczęście nie. Prowadzone są testy, planowane nowe elementy tarczy, jednak wciąż są to działania „na sucho”. I trzeba mieć nadzieję, że tak zostanie.

Tagi: