Latający mnich

Franciszek Kucharczak

|

MGN 11/2007

publikacja 19.10.2007 12:56

Franciszkanin Józef z Kupertynu wszedł nieśmiało do olbrzymiej sali audiencyjnej Pałacu Watykańskiego. Z bijącym sercem zbliżył się do tronu. Siedział tam papież Urban VIII. Był bardzo szczęśliwy, że stoi przed samym następcą świętego Piotra! Z radości… uniósł się w powietrze.

Franciszkanin Józef z Kupertynu   Franciszkanin Józef z Kupertynu
Nikt takiego „pokazu latania” przed papieżem nie planował. Ale jakoś tak to z tym zakonnikiem było, że bardzo często wpadał w zachwycenie. Wystarczył dźwięk dzwonów albo pobożny śpiew, albo usłyszane słowa o Bogu lub świętych, a już Józef był jakby w innym świecie. I nie dało się go stamtąd odwołać ani szturchaniem, ani nakłuwaniem szpilkami, ani nawet przypalaniem płomieniem świeczki. Na jedno tylko reagował, i to natychmiast – na polecenie przełożonego. Ślubował przecież zakonne posłuszeństwo i wierność temu zobowiązaniu była silniejsza niż wszystko. Gdy przełożony kazał, Józef wracał na ziemię – nawet dosłownie, bo wiele razy zdarzało mu się unosić w powietrzu. Takie zjawisko nazywa się lewitacją. Najczęściej zdarzało się Józefowi lewitować podczas odprawiania Mszy albo na modlitwie brewiarzowej. Po raz pierwszy miało to miejsce w czasie wspólnej modlitwy w kościele. Rozmodlony Józef na oczach oniemiałych współbraci uniósł się w górę i poszybował w kierunku ołtarza. Tam wydał okrzyk radości i po chwili powrócił na swoje miejsce.

Poleciał na audiencję
Oczywiście wieść o tym wydarzeniu rozeszła się błyskawicznie. Odtąd kościół franciszkanów przestał mieścić tłumy ciekawskich. Wreszcie przełożeni, żeby nie robić widowiska, kazali Józefowi odprawiać Msze i modlić się na osobności, w specjalnie dla niego przygotowanej kaplicy. Nie wolno mu było uczestniczyć w procesjach, bo w procesji się idzie, a nie leci. Zabroniono mu nawet bywać na wspólnych posiłkach, no bo jak tu jeść, gdy nad talerzem unosi się jakiś człowiek. Dziwnym zakonnikiem zainteresowała się też inkwizycja. Przedstawiciele tego kościelnego trybunału sprawdzali, czy za towarzyszącymi Józefowi zjawiskami nie stoi oszustwo albo jakieś ciemne siły. Choć byli bardzo podejrzliwi, nie dopatrzyli się niczego sprzecznego z nauką Kościoła. Sława zakonnika rosła, aż zapragnął go poznać papież Urban VIII. Chciał porozmawiać. Nie przypuszczał nawet, że sam będzie świadkiem lewitacji. Trudno było o lepszego świadka. Po tym, gdy w jego obecności Józef uniósł się nad ziemię, papież osobiście poświadczył, że Józef z Kupertynu ma nadzwyczajny dar Boży.

Podziwiany łamaga
A nic tego nie zapowiadało. Mały Józef od najmłodszych lat uważany był za łamagę. Nie tylko nie fruwał, ale nawet chodził po swoim rodzinnym Kupertynie jak ostatnia łajza. Powiedzieć, że miał dwie lewe ręce, byłoby za łagodnie. Bo dwoma lewymi rękami można coś sensownego zrobić, a on właściwie nic sensownego zrobić nie umiał. Był tylko pobożny i często się zamyślał z otwartą buzią, czym zyskał sobie przydomek „Józio Otwarta Gęba”. Nawet rodzona matka uważała syna za dziwoląga i nieudacznika. Była wobec niego surowa i zupełnie się z nim nie patyczkowała. Józef jednak czuł, że ma też inną Matkę. Gdy w wieku 7 lat ciężko zachorował, został uzdrowiony za przyczyną Maryi Łaskawej z pobliskiego Galatone. Ale to w sposobie bycia Józia niczego nie zmieniło. Sytuacja nawet jeszcze się pogorszyła, bo chłopak poszedł – a właściwie powlókł się – do szkoły. A tam okazało się, że z nauką u niego tak jak ze wszystkim innym. Jakoś przebiedował w szkole, a potem, żeby zarobić na życie, próbował zostać szewcem. Na próbowaniu się skończyło. Potem zgłosił się do franciszkanów, ale go nie przyjęli. Przyjęli go za to kapucyni, ale wkrótce wpadli w rozpacz, bo brat Józef niczego nie pamiętał, co mu kazano zrobić, a nawet nie potrafił zmywać naczyń. Gdy potłukł całe stosy talerzy, musiał pożegnać się z klasztorem. Ale nie poddał się. Zgłosił się do franciszkanów konwentualnych. Ci przyjęli go jako kogoś w rodzaju pomocnika do najróżniejszych prac.

Siostra Maria od Jezusa Ukrzyżowanego   Siostra Maria od Jezusa Ukrzyżowanego
fot. JÓZEF WOLNY
Patron lotników

Wtedy okazało się, że Józef bardzo, ale to bardzo się stara. Coraz lepiej sobie radził z powierzonymi mu pracami, aż w końcu przyjęto go jako pełnoprawnego zakonnika. Wreszcie uznano, że może kształcić się na kapłana. Zaczął się więc uczyć jak szalony, choć efekty były mizerne. Ale wykładowcy jakoś go przepchnęli przez seminarium. A i sam Pan Bóg mu pomagał, bo zdarzało się, że gdy zdołał wkuć tylko jeden kawałek z ogromnego materiału, na egzaminie dostawał właśnie to – i tylko to – co umiał. W 1628 Józef został kapłanem. Przybywało do niego wielu ludzi, nieraz znakomitości, żeby się wyspowiadać albo porozmawiać. Ludzie widzieli, że to święty. Miał wizje, udzielał bardzo trafnych rad. Gdy miał 60 lat, ciężko zachorował. Mimo cierpień wciąż trwał w ekstazie. Nawet w przeddzień śmierci w zachwyceniu oderwał się od łóżka i poleciał w stronę kaplicy. Sto lat później Kościół czcił go już jako świętego Józefa z Kupertynu. W XX wieku został patronem lotników i astronautów. Pewnie mógłby zostać nim wcześniej, ale wcześniej nie było lotników, a tym bardziej astronautów.

Siostrę Marię od Jezusa Ukrzyżowanego
karmelitanka, nazywana „Małą Arabką”.

O ile naprawdę była Arabką, o tyle mała to ona nie była. Potężna kobieta – miała ze sto kilo. Ale kochała Jezusa tak, że wydawało się nieraz, jakby jeszcze za życia jej dusza miała ulecieć do nieba. Miała mnóstwo nadzwyczajnych darów. Nieraz wpadała w ekstazy, podczas których zatapiała się w Bogu. Któregoś dnia rozmodlona dusza „pociągnęła” ciało siostry Marii na wierzchołek wielkiej lipy, która rosła przy francuskim klasztorze w Pau. Jan Vianney   Jan Vianney
fot. INTERNET
Stała na cienkiej gałązce i w zachwyceniu czystym głosem (choć miała uszkodzone gardło) śpiewała pieśni na cześć Boga. Wyglądało to tak, jakby nie ważyła ani grama. Dostrzegły ją współsiostry. Przełożona poleciła jej zejść, co też Mała Arabka zaraz zrobiła. Siostry przysięgały później, że były świadkami tego zjawiska jeszcze wiele razy. Jan Paweł II w 1983 roku ogłosił siostrę Marię od Jezusa Ukrzyżowanego błogosławioną.

Jan Vianney
bardzo chciał zostać księdzem, ale nie było to łatwe, bo uczył się bardzo słabo. Wyświęcono go właściwie z litości i posłano do zagubionej w centralnej Francji wioski Ars. Tam okazało się, że ten nieciekawie wyglądający ksiądz (bo na oko był bardzo brzydki) jest oddany Bogu i parafianom całym sercem. Ludzie to szybko dostrzegli i odtąd nie miał już prawie na nic czasu, bo musiał kilkanaście godzin na dobę spowiadać. Spał najwyżej trzy godziny, do jedzenia wystarczał mu garnek kartofli (nieraz spleśniałych) na tydzień. Spowiadającym się u niego ludziom zadawał często niewielkie pokuty, a sam je za nich „uzupełniał”, biczując się nieraz do krwi. Czasem zatapiał się w nocnych modlitwach tak, że unosił się nad ziemią. Widział to jeden z kapłanów, Canon Gardette. Zaświadczył o tym później pod przysięgą. Jan Vianney w 1925 roku został ogłoszony świętym. Jest patronem proboszczów.