1665 luty - Sokołówka Rycerz najwierniejszy

Franciszek Kucharczak

dodane 30.08.2006 12:46

Zależało mu na Rzeczpospolitej, a nie na sławie. Dziś jego imię sławi hymn Rzeczpospolitej.

1665 luty - Sokołówka Rycerz najwierniejszy

Wnętrze chłopskiej w Sokołówce na Ukrainie izby oświetlały świece i płomień paleniska. A dokładano do ognia, bo na zewnątrz mróz trzymał mocny. W izbie stało kilku zbrojnych, ale zachowywali się cicho, bo pod ścianą na prostym posłaniu umierał ich wódz, Stefan Czarniecki. Niejednemu z obecnych łza się w oku zakręciła, gdy hetman do każdego z nich wyciągnął rękę. Byli z nim przecież w rozmaitych dolach i niedolach, u jego boku stoczyli dziesiątki bitew i jeszcze więcej potyczek. To przy nim zyskali sławę „czarniecczyków”, której zazdrościł im każdy rycerz w Rzeczpospolitej. – Przyprowadźcie konia – powiedział słabym głosem umierający. Ulubiony wierzchowiec hetmana jakoś zmieścił się w ciasnych drzwiach chałupy. Wódz pogładził jego łeb. – Żegnaj – wyszeptał. Potem do posłania podszedł ksiądz i udzielił umierającemu sakramentów. Chwilę potem Stefan Czarniecki, hetman polny koronny skonał. Był 16 lutego 1665 roku.

W siodle od młodości
Pogrzeb wyprawiono Stefanowi Czarnieckiemu w Warszawie wielki, jak przystało największym dygnitarzom państwa. Zasłużył na to po stokroć, choć za życia zaszczyty rzadko go spotykały. Nie był magnatem, tylko zwykłym szlachcicem ze wsi Czarnca, jednym z jedenaściorga rodzeństwa. Od młodości walczył w rozlicznych wojnach jako prosty żołnierz. Miał kilkanaście lat, gdy zaciągnął się do „lisowczyków” – najemnej lekkiej jazdy Aleksandra Lisowskiego. Ci doskonali kawalerzyści siali postrach w całej Europie, a Czarniecki w ich szeregach do perfekcji posiadł umiejętność wojowania. Jako zaledwie osiemnastoletni młodzieniec gromił Turków w wielkiej bitwie pod Chocimiem.
Gdyby nie nadzwyczajne męstwo i wybitne zdolności dowódcze, które wkrótce ujawnił, nie doszedłby do żadnych godności. Co więc osiągnął, nie pochodziło z bogactw, ale z walki i cierpienia. „Jam nie z soli ani z roli, jeno z tego, co mnie boli” – mawiał. Bo ani ziemi nie miał, z której można by dobrze żyć, ani nie nadano mu prawa wydobywani soli, co było wówczas rzeczą bardzo dochodową. Jedyne, czego miał w nadmiarze, to rany odniesione w licznych bitwach. To one go tak „bolały”. Widać to było nawet na jego twarzy, pooranej bliznami. W jednej z bitew kula nieprzyjacielska rozszarpała mu policzek i uszkodziła podniebienie. W to miejsce wstawiono mu srebrną blachę, przez co Czarniecki mówił niewyraźnie. Nie przeszkadzało to podwładnym dobrze rozumieć wydawanych rozkazów.

Wojna nie matka
Tymi rozkazami nieraz zaskakiwał swoich żołnierzy, ale jeszcze bardziej przeciwników. Tak było pod Warką, gdy Czarniecki niespodzianie zaatakował Szwedów, rzucając się z wojskiem wpław przez Pilicę. Zanim wrogowie zdążyli otrząsnąć się ze zdumienia i zmienić szyk, tysiące ociekających wodą jeźdźców wpadło między ich szeregi. Klęska Szwedów była całkowita.
Zarzucali wodzowi niektórzy, że zbyt wiele krwi swoich żołnierzy przelewa. „Wiadomo, wojna ludzi nie rodzi” – odpowiadał szorstko. A czasy, w jakich przyszło mu żyć, wojen Rzeczpospolitej nie skąpiły. Jakby cały świat zwalił się wtedy na kraj. Kozacy, Szwedzi, Moskwa, Turcy, Tatarzy – najazdom nie było końca. Coraz rzadziej można było staczać bitwy w otwartym polu. Gdy Szwedzi najechali Polskę, Czarniecki poprowadził wojnę „szarpaną”, to znaczy partyzancką. Jego oddziały atakowały znienacka i równie nagle znikały, co doprowadzało Szwedów do desperacji. Im szczególnie dał się we znaki, bo gdy po najeździe na Rzeczpospolitą wycofali się wreszcie z jej granic, Czarniecki walczył przeciw Szwedom w Danii jako sojusznik tamtejszego króla. Wtedy to, w pogoni za nimi, „rzucił się przez morze” na wyspę Alsen. Uwieczniono to w polskim hymnie narodowym. Właściwie to wojsko przepłynęło łodziami, a tylko konie przeprawiono wpław, ale ten manewr zmusił Szwedów do kapitulacji. Gdy dwa tygodnie później polski wódz odbił z rąk Szwedów Koldyngę, dawną rezydencję duńskich królów, wdzięczny Fryderyk III obdarował go złotym łańcuchem.

Wódz szczęśliwy
Czarniecki był też świadkiem wielu klęsk Rzeczpospolitej. Wzięty w niewolę w bitwie z kozakami i Tatarami pod Żółtymi Wodami, dwa lata spędził w tatarskiej niewoli. Poznał wtedy dobrze tych dzikich wojowników i nauczył się ich języka.
Straszne to były czasy, bo niedawni pobratymcy – Polacy i Ukraińcy – rzucili się sobie do gardeł. Nie było litości. Czarniecki także bunty na Ukrainie gasił z wielkim okrucieństwem. Gdy po strasznej bitwie pod Batohem kozacy wymordowali tysiące wziętych w niewolę husarzy, w tym jego rodzonego brata, on sam stał się jeszcze bardziej bezwzględny. Uważał, że to jedyny sposób na uratowanie Rzeczpospolitej.
A trzeba przyznać, że tylko o nią mu chodziło. Dlatego był wierny królowi Janowi Kazimierzowi, nawet wtedy, gdy prawie wszyscy go opuścili. Nie obraził się, gdy magnaci otrzymywali zaszczyty i kolejne majątki, a on tylko pochwały. Stanął też przy królu, gdy bunt w kraju podniósł magnat Lubomirski.
Buławę hetmana otrzymał, gdy leżał już na łożu śmierci.
Gdy zmarł, pozostała po nim pamięć jako o jednym z największych Polaków. Jeden z jego żołnierzy, Jan Chryzostom Pasek, tak napisał o swoim wodzu: „Jakoż był też to człowiek (...) i senator zacny, prawdę mówiący, i żołnierz nieszanowany w okazyjach, i wódz szczęśliwy. Żałował go król i wojsko wszystko, nawet ci sami, co z nim emulowali i zazdrościli mu sławy”.
Po wielkim pogrzebie w Warszawie ciało hetmana odwieziono do jego rodzinnej wsi Czarnca koło Włoszczowy, gdzie spoczywa do dziś w ufundowanym przez siebie kościele.

(Mały Gość 2/2006)
Tagi: