1655, 27 grudnia - Jasna Góra Odsiecz z góry

Franciszek Kucharczak

publikacja 30.08.2006 10:51

1655, 27 grudnia - Jasna Góra Odsiecz z góry


Jasna Góra nie powinna była stawiać oporu. Nie broniło się oblężonych twierdz, gdy nie było nadziei na odsiecz. Ale to nie była taka twierdza, jak inne, a i odsiecz nie była taka, jaką zwykłe fortece mogły otrzymać.

Huk dział i rusznic rozległ się nad Jasną Górą w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1655 roku. To nic dziwnego, bo już od półtora miesiąca twierdza była oblężona przez szwedzkie wojska. Tym razem jednak załoga klasztoru strzelała na wiwat, żeby uczcić dzień świętego Szczepana męczennika, a i na cześć jego imienników. Do wtóru kanonadzie przygrywała „słodką melodią” klasztorna kapela.
Nagle wśród oblegających rozległy się krzyki. Z murów można było dostrzec sylwetki kanonierów, porzucających szańce i biegnących w stronę obozu. Tam dopiero udało się Szwedom opanować przerażonych żołnierzy. Myśleli biedacy, że to strzelanie zwiastuje jakiś atak albo oznacza odniesiony triumf.
Oblegający częstochowski klasztor byli już u kresu wytrzymałości. Dojmujące zimno i inne niewygody mieszkania pod namiotami dawały się Szwedom we znaki. Nie rozumieli, co się dzieje. Dużo większe zamki otwierały przed nimi bramy bez jednego wystrzału, a tu kilkuset mnichów i żołnierzy opiera się im od tygodni.
„Na co oni liczą?” – zachodził w głowę generał Miller, dowódca stojącego pod murami wojska. Załoga klasztoru na odsiecz przecież nie miała co liczyć. Poznań, Warszawa, Kraków i dziesiątki pomniejszych miast były we władaniu króla z Północy, Karola Gustawa. Polski król Jan Kazimierz uciekł za granicę i siedział na Śląsku, nie wiedząc, co począć.

Procesja jak pancerz
Na początku sytuacja wyglądała rzeczywiście beznadziejnie. Przeor paulinów Augustyn Kordecki miał jednak nadzieję. To on dowodził obroną sanktuarium Matki Bożej i wlewał ducha w serca obrońców. Nie przeraził się ani zastępów stojącego pod murami wojska, ani ściągniętych z Krakowa burzących kolubryn. Uprzejmie odpowiadał na listy generała Millera, gdy ten tłumaczył, że ma królewski nakaz zajęcia Częstochowy. „Jaśnie wielmożny Panie!” – pisał przeor. „Klasztor nasz nazywa się Jasną Górą, miasto zaś Częstochowa wcale do klasztoru nie należy”.
Miller zgrzytał zębami i kazał strzelać. Nad Jasną Górą zrobiło się ciemno od prochowego dymu. Ziemia trzęsła się całymi dniami. „Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie, a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła” – zapisał w pamiętniku ojciec Kordecki.
Obrońcy nie zostawali dłużni. Armaty odpowiadały ogniem, ale znacznie celniejszym niż szwedzki. Najbardziej jednak krzepiące dla obrońców były procesje z Jezusem Eucharystycznym, które pod osłoną wałów prowadził przeor. Dziwnie wyglądał ten orszak śpiewających białych mnichów pośród piekielnego huku, dymu i ognia. Sam ojciec Augustyn trzymał monstrancję, a pod ręce prowadzili go szlachcice z załogi fortecy.

Kulą w mur
Generał Miller nie rozumiał, co się dzieje. Postanowił strzelać do skutku. Tylko że żadnego skutku nie było. Po każdej kanonadzie na dziedzińcu klasztoru leżało mnóstwo kul, mury były wyszczerbione, ściany okopcone, tu i ówdzie dziury w dachu – ale nic więcej. Żadnych większych szkód, żadnego poważnego pożaru. Obrońcy byli pewni, że to sama Maryja wzięła ich pod swój płaszcz. Polacy ze sprzymierzonych ze Szwedami oddziałów opowiadali potem, że czasami gęsta mgła ogarniał klasztor tak dziwnie, że nie sposób było weń trafić.
Takie rzeczy doprowadzały oblegających do desperacji. Zwłaszcza, że sami cierpieli zimno i niedostatki w zaopatrzeniu, a oblężeni sprawiali wrażenie wypoczętych i najedzonych.
Nie dało się podłożyć pod twierdzę min, bo okazało się, że klasztor stoi na twardej jurajskiej skale i nieprędko dałoby się ją skruszyć. Zresztą nawet próby podkopania się w pobliże twierdzy się nie powiodły, bo obrońcy czynili wycieczki. Po każdym z takich niespodzianych wypadów pozostawały trupy, zniszczenia i coraz większe przygnębienie Szwedów.

No i poszli
A tymczasem w pognębionej Polsce chłopi i szlachta zaczynali podnosić głowy. „Na Najświętszą Panienkę Szwed rękę podniósł!” – niosło się po kraju jak długi i szeroki. Po lasach zbierały się wierne polskiemu królowi oddziały wojska, a do wsi żaden samotny Szwed nie mógł już się zapuścić, jeśli nie chciał skończyć nadziany na chłopskie widły.
Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1655 roku okazał się ostatnim dniem oblężenia.
„Podczas głębokiej nocy pozdejmowano ciężkie działa ze stanowisk i wyprawiono, o świcie zaś wodzowie tak licznego wojska odeszli, każdy w inną stronę” – napisał przeor Kordecki.
Rankiem 27 grudnia okazało się, że pod murami nie ma już nikogo. Mieszkańcy klasztoru padli na kolana. Nie wiedzieli, że dziękują Bogu za coś znacznie większego niż odparcie oblężenia. Dzięki ich oporowi Polska odzyskała ducha.
Wkrótce karta wojny się odwróciła. Jan Kazimierz wrócił do kraju i z nowym wojskiem pokonał Szwedów. Wiedział Komu zawdzięcza zwycięstwo. Wiosną następnego roku klęczał w katedrze we Lwowie, obierając Maryję Królową Polski.

(Mały Gość 12/ 2005)