Kto każe stawiać sobie pomniki za życia, tego po śmierci przeklną, a podobizny podepczą.
Trumnę Stalina niosą jego najbliżsi współpracownicy, wykonawcy wielu zbrodniczych rozkazów zmarłego. Jeden z nich, Ławrientij Beria (w kapeluszu), za kilka miesięcy zostanie rozstrzelany z rozkazu konkurentów
fot. EAST NEWS/ROGER VIOLLET
Nikomu nie wolno było nawet wspomnieć, że Józef Stalin mógłby kiedykolwiek umrzeć. Zaraz by ktoś doniósł, a wtedy los gaduły byłby przesądzony. I jego rodziny też. A jednak rankiem 6 marca 1953 roku wszyscy usłyszeli – i to z moskiewskiego radia! – słowa, których dotąd nawet w myślach lepiej było nie trzymać. „Przestało bić serce współbojownika i genialnego kontynuatora dzieła Lenina, mądrego Wodza i Nauczyciela Partii Komunistycznej i narodu radzieckiego” – czytał lektor głosem najsmutniejszym, jaki zdołał z siebie wydobyć. Ta śmierć pół świata pogrążyła w rozpaczy – tak to wyglądało. Od Berlina Wschodniego aż het po Władywostok tłumy ludzi płakały na wiecach i akademiach. Miasta i wsie przyoblekły się w komunistyczną czerwień i żałobną czerń.
Zaczęli więc niby przypadkiem wychwalać świetne uzębienie kucharza. Poprosili go też, żeby się szeroko uśmiechał, licząc, że Stalin sam zapragnie poprawić swoje uzębienie. Ale stary satrapa nie lubił uśmiechniętych, gdy sam był ponury. Kucharz i tak miał szczęście, że Stalin obrzucił go tylko przekleństwami. Pewnego ranka na początku marca 1953 roku Stalin nie wyszedł ze swojego pokoju w podmoskiewskiej daczy. Najbliższa świta Stalina – Chruszczow, Beria, Mołotow i inni – zostali wezwani przez ochronę. Gdy weszli do sypialni, okazało się, że dyktator leży na podłodze. Był sparaliżowany. Gdy odzyskał przytomność, Beria zaczął całować ręce Stalina. Gdy ten znów stracił przytomność, służalec splunął i obrzucił umierającego przekleństwami.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł