Pochodzą z północnych Chin. Do rzeki Żółtej mają jakieś 300 – 400 kilometrów. Ich domy rodzinne są w tej samej prowincji, w której znajduje się Pekin.
fot. JAKUB SZYMCZUK
Wszystkie są zakonnicami w chińskim zgromadzeniu sióstr Franciszkanek Ducha Świętego Pocieszyciela. Habity wkładają tylko w święta. W Chinach, w mieście nie wolno chodzić w stroju zakonnym. Pomagają księżom w parafii, pracują w szpitalach. Przygarniają i wychowują kalekie dzieci wyrzucane wprost na ulicę albo do śmietnika.
PRAGNIENIE WIĘKSZE OD STRACHU
Iwona
Mam dwóch starszych braci i jedną siostrę. Ja jestem najmłodsza. Mój tata jest nauczycielem, ale do tej pory – choć jest już na emeryturze – w naszym domu zbierają się dzieci z wioski i tata przygotowuje je do szkoły. Przychodzi około trzydziestki. Takie jakby przedszkole. Podstawówka jest w mojej wiosce, ale do średniej musiałam chodzić dwa kilometry, bo nie mieliśmy rowerów. I to dwa razy w ciągu dnia. Najpierw rano, potem była przerwa na obiad i po południu drugi raz. Codziennie osiem kilometrów. I tata, i mama zawsze byli gorliwymi katolikami, dlatego kiedy powiedziałam, że chcę być zakonnicą, nie sprzeciwiali się. Ale mówili też o innych stronach takiego życia: „Popatrz, co ciebie czeka. Dopiero co była rewolucja kulturalna. Tylu duchownych aresztowano, tylu zginęło. Zakonnice ze strachu porzuciły zgromadzenia i wróciły do domu”. Przeszkadzał mi tylko i odradzał taką drogę starszy brat i jego koledzy. Ale moje pragnienie było większe.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł