publikacja 21.09.2009 12:39
Niejedna twierdza obroniła się dzięki bohaterstwu załogi. Była jednak i taka forteca, która ocalała dzięki odwadze kobiety.
Pani Chrzanowska wprawia "w konfuzję” obrońców zamku w Trembowli.
LEOPOLD LOEFFLER „ANNA DOROTA CHRZANOWSKA NA ZAMKU W TREMBOWLI”, LWOWSKA GALERIA SZTUKI, LWÓW
Zamek w Trembowli nie był wielki, ale mocno siedział na górującym nad miastem skalnym występie. Jego grube na 4 metry mury dawały ochronę przed kulami armatnimi – o ile tych kul nie było zbyt wiele. Ale jesienią 1675 roku właśnie było ich zbyt wiele. Bo też i tureckich napastników było mrowie – na jednego obrońcę przypadało ich prawie pięćdziesięciu. Przywiódł ich tu sułtański zięć Ibrahim Szyszman. Pasza spodziewał się, że zamek podda się bez walki, albo padnie od przypuszczonego z marszu ataku. Zdobył już przecież Raszków, Mohylów, Podhajce, a nawet osławioną z czasów wojny kozackiej fortecę w Zbarażu. Teraz jednak srodze się zawiódł. Gdy szeregi w turbanach zbliżyły się do murów, zmasakrował je ogień armat. Trzeba było rozpocząć regularne oblężenie – otoczyć twierdzę, wykopać rowy, usypać wały i zatoczyć na nie działa.
Sądne dni
I rozpętało się piekło. Na zamek spadło kilka tysięcy kul armatnich, ponad 400 granatów i bez liku pocisków z broni ręcznej. W tumanach dymu prochowego fruwały dachówki z rozbitych dachów, z hukiem zapadały się belkowania. Wszędzie leżał gruz z potrzaskanych murów. Krzepka budowla, dzień po dniu, coraz bardziej zaczynała przypominać kupę bezładnie porzuconych kamieni. Złożona z 80 żołnierzy i 200 uzbrojonych chłopów i mieszczan załoga zaczęła gwałtownie topnieć. Po dwudziestu dniach kanonady i szturmów większa część garnizonu twierdzy poległa. Było wielu rannych. Na wyczerpaniu były zapasy żywności i amunicja, a zapowiedziana odsiecz królewska nie nadchodziła. Zaraz znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że żadnej odsieczy w ogóle nie będzie. Pomiędzy obrońców wkradło się zwątpienie. Walczący dotąd dzielnie dowódca zamku, kapitan
Jan Samuel Chrzanowski, uznał, że dalsza obrona nie ma sensu. Zebrana na naradzie wojennej starszyzna uznała, że nazajutrz trzeba się poddać. I wtedy wmieszała się żona komendanta, Anna Dorota Chrzanowska (zwana też Zofią), ponoć bardzo piękna kobieta. Gdy usłyszała, że żołnierze radzą nad kapitulacją, wpadła w furię. Z dwoma nożami w dłoniach stanęła przed mężem. Kronikarz zapisał jej słowa: „Tą bronią zabiorę ci życie, mężu, i sama sobie śmierć zadam, jeżeli natychmiast nie przysiężesz, że zamku nie poddasz i do ostatniego tchu bronić go nie przestaniesz. Na miłość Boga, ojczyzny i wiarę małżeńską, mężu! Szanuj wiek swój spędzony na usługach krajowych i jako dobry ojciec pozostaw nieskalane imię swym dzieciom!”. Zdecydowanie pani komendantowej odniosło skutek – załoga postanowiła raczej paść pod gruzami, niż się poddać. Kilku najbardziej opornych zamknięto w piwnicy, reszta zajęła stanowiska na murach. Pani Chrzanowska wymogła na obrońcach nawet zorganizowanie zbrojnego wypadu za mury. Turcy przekonani, że załoga jest już prawie pokonana, byli całkowicie zaskoczeni. Sama pani Chrzanowska wzięła udział w akcji, walcząc w stroju rycerskim i z szablą w ręku. Wróciła do zamku poraniona, ale wciąż pełna energii.
W ostatnim momencie
Przedwojenne zdjęcie pomnika bohaterki, obok niego płyta z dedykacją (stan obecny).
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł