Spełnione marzenia generała

Gabriela Szulik

|

MGN 09/2007

publikacja 23.08.2007 13:56

Rozmowa z generałem Romanem Polko, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego

Spełnione marzenia generała Generał Polko zawsze lubił wyzwania fot. SE / EAST NEWS / PIOTR BŁAWICKI

Panie Generale, bawił się Pan żołnierzykami?
– Żołnierzykami bawiłem się już chyba w I i II klasie szkoły podstawowej. Ale przede wszystkim na podwórku bawiliśmy się w wojsko. Budowaliśmy pistolety na grot, strzelby na haki, a nawet pseudogokarty do wyścigów. Sami konstruowaliśmy swoje zabawki.

Niektóre chyba były niebezpieczne?
– Rzeczywiście, dlatego potem tata skonstruował mi pistolet na groch, żebym już tymi hakami nie strzelał.

Podobno każde dziecko ma dwóch aniołów stróżów, bo to niemożliwe, żeby przy takich zabawach nic im się nie stało.
– Zgadzam się (śmiech). A mnie to chyba przydzielono jeszcze trzeciego, bo chyba tylko błogosławieństwo Boże spowodowało, że ten pociąg do sportów ekstremalnych nie skończył się dla mnie tragicznie.

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, by zostać żołnierzem?
– Mimo że wywodzę się ze Śląska i z rodziny o górniczych tradycjach, zawsze pociągało mnie coś więcej. W Tychach Paprocanach widziałem pierwsze skoki spadochronowe. Dowiedziałem się, że spadochroniarstwo można uprawiać w szkole oficerskiej, że jest tam możliwość jazdy konnej, wspinaczki górskiej. I tak naprawdę już jako dziecko chciałem zostać komandosem. Miałem takie marzenie, może mało realne, ale jeśli człowiek uwierzy, że marzenia mogą się spełnić, to tak się stanie. Tylko trzeba dużo pracy i konsekwencji. Miałem też szczęście do ludzi. Choćby ksiądz Wojciech Wyciślik, który potem zbudował kościół św. Krzysztofa w Tychach. On potrafił inspirować nas do takiego komandoskiego stylu życia. Potrafił radośnie podchodzić do wszystkiego.

W rodzinie więc tradycji wojskowych nie było?
– Oprócz wujka, który walczył w wojnie bolszewickiej, nikt wojskowym nie był. W czasie II wojny Śląsk był w trudnej sytuacji, wielu Ślązaków na siłę wcielano do armii niemieckiej i być może dlatego takich tradycji nie było.

Pan się wyłamał?
– Tak. Jestem taką czarną owcą w rodzinie (śmiech)

Ale na pewno docenianą...
– Tak. Bardzo docenianą. Zresztą to jest sympatyczne, kiedy spotykam ludzi z rodzinnych stron, zawsze są dla mnie bardzo mili. Nawet tu, w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego miałem delegację dzieci ze szkoły podstawowej w Bojszowach. I to chyba był jedyny taki przypadek że uczniowie przyjechali i mogli oglądać budynek, ale też lądowisko na dachu i ogrody prezydenckie, i pałac. Bo to też im pokazałem

A kiedy po raz pierwszy spotkał się Pan z prawdziwym wojskiem?
– Wtedy, kiedy po ukończeniu liceum pojechałem na egzaminy do Żagania. To był 1981 rok. Cieszyliśmy się, że wreszcie będziemy żyć w wolnym kraju, że wreszcie będzie normalnie. W domu rodzinnym też była taka atmosfera. Od taty wziąłem znaczek „Solidarnośći”, chodziłem z nim do szkoły. Nosiłem też znak oazy z napisem „fos–dzoe”, czyli „światło–życie”. I proszę sobie wyobrazić, podczas rozmowy kwalifikacyjnej dostałem pytanie, czy należę do nielegalnych organizacji kościelnych. Zastanowiłem się i pomyślałem: „Jestem ministrantem, ale przecież to chyba jest legalne, należę do oazy, ale tam też nic złego nie robimy.”. I szczerze odpowiedziałem, że nie, nie należę do nielegalnych organizacji kościelnych. A później okazało się, że oaza była uznawana za nielegalną organizację kościelną.

Kiedy włożył Pan pierwszy mundur?
– 15 września 1981 roku.

Tak dokładnie Pan pamięta?
– Tak, wtedy poszedłem do szkoły i od razu włożyłem mundur.

Lubi Pan nosić mundur?
– Jestem dumny z tego munduru, szczególnie teraz, w tym czasie. To symbol tego, co nam leży na sercu. Wartości, które są wypisane na sztandarach: Bóg, Honor, Ojczyzna, nawiązują do chlubnych tradycji polskiego oręża. To, że wkładamy mundur, obojętnie jaki stopień mamy, przypomina nam o wartościach, które nas łączą. Mundur zobowiązuje. Jest na nim polski orzeł. Kiedy go wkładam, reprezentuję coś więcej niż tylko siebie.


Codziennie chodzi Pan w mundurze?
– W jednostce GROM albo podczas różnych misji, kiedy nie chcemy być rozpoznani, nie zawsze zakłada się mundur. Natomiast w obecnym miejscu pracy, kiedy występuję oficjalnie, chodzę w mundurze.

W czym jednostka GROM-u jest tak wyjątkowa?
– Żołnierze GROM-u są doskonale wyposażeni, wyszkoleni i świadomi trudnych zadań. Podczas wojny w Iraku to myśmy szkolili marines (rodzaj amerykańskich sił zbrojnych, przyp. red.), a nie oni nas. My wyznaczaliśmy nową jakość. I muszę powiedzieć, że byłem bardzo dumny z moich żołnierzy, bo wszędzie, gdzie się pojawiliśmy, słyszałem podziękowania za profesjonalizm. GROM ma też najlepszy sprzęt, nawet nie z górnej półki, ale nawet taki, który dopiero ktoś zamierza wprowadzać.

Żołnierze GROM-u też są wyjątkowi?
– W jednostce GROM-u każdy ma swoje stanowisko. Jako dowódca wybierałem najlepszych żołnierzy ze struktur Wojska Polskiego, z jednostek specjalnych, którzy mimo że są dobrze przygotowani, przechodzą jeszcze roczne szkolenie. Potem już wszystkie zajęcia odbywają się na bojowo, czyli nie ćwiczenia, ale zajęcia z ostrą amunicją. I dlatego tak ważne jest doskonałe przygotowanie, bo każdy błąd może kosztować życie.

Czyli jednak są doskonali?
– To nie jest tak, że zatrudniamy tylko Rambo biegającego z nożem w zębach, bo potrzebujemy też na przykład doskonałych informatyków, finansistów, lekarzy. Jeżeli na przykład miałem doskonale sprawnego fizycznie informatyka, który jednak na informatyce za bardzo się nie znał, to wolałem zatrudnić mniej sprawnego fizycznie, ale fachowca, który potrafił obiekt naszych działań bardzo szybko wprowadzić do komputera i pokazać jego wszystkie mocne i słabe strony. Wiedza i inteligencja, a nie tylko sprawność fizyczna powodują, że można być dobrym żołnierzem GROM-u. I nawet jeśli ktoś jest super sprawny, a nie zna na przykład języków obcych, nie myśli w czasie akcji – to my takiego żołnierza nie chcemy, bo jednostki specjalne muszą działać samodzielnie i podejmować samodzielnie decyzje.

A czy żołnierz musi być zdyscyplinowany?
– Powiem tak. Ja na przykład zawsze miałem problemy z tak zwanym zachowaniem w szkole. Nie byłem raczej spokojnym człowiekiem, ale jakoś to moi przełożeni tolerowali, choć byłem też zawieszony w prawach ministranta.

I dobrowolnie poddał się Pan dyscyplinie?
– Poddałem się (śmiech), ale rygor wojskowy, dyscyplina wojskowa, rozkaz przełożonych nie mają nic wspólnego z dyscypliną w rodzaju: „Bądź grzeczny na zajęciach”. My wręcz nie chcemy grzecznych ludzi, bo z takich układnych nie zrobi się dobrego żołnierza. Żołnierz musi mieć w sobie ducha walki. Musi poszukiwać, musi mieć chęć działania.

A Pana wojskowe przygody?
– Miałem ich bardzo dużo. Opisałem je w książce „Gromowładny”. Na przykład podczas misji pokojowej w byłej Jugosławii zostałem otoczony przez żołnierzy kapitana Dragana. Przyłożyli mi lufę do brzucha i zapytali, czy jestem katolikiem, czy faszystą, i zagrozili śmiercią. Ale znałem ich już na tyle, że sprowadziłem sprawę do absurdu. Przypomniałem sobie Franka Dolasa z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. No i byli tak zszokowani tym, że się ich nie przestraszyłem, że zupełnie zmienili postępowanie wobec mnie. I żyję.