Pomysł z sufitu

Adam Śliwa

|

MGN 11/2010

publikacja 15.10.2010 10:54

Julian, młody malarz ulega wypadkowi i łamie sobie nadgarstki. Wtedy pojawia się tajemnicza Anna.

Pomysł z sufitu Twórcy Filmu Krzysiek i Tomek fot. ARCHIWUM PRYWATNE

Tomek i Krzysiek kręcą pierwszy w Polsce, amatorski pełnometrażowy film fabularny. Ich budżet to pracowitość i życzliwość ludzi. Gliwicka kawiarnia, w której się spotykamy, była jednym z wnętrz filmowych. Właśnie zakończyli zdjęcia do filmu „Portrety nieba”.

DWUOSOBOWA EKIPA
Krótkie amatorskie filmy już kręcili. – To właściwie była zabawa – wspominają filmowcy. – Ale wtedy nauczyliśmy się operować światłem, kadrem i przydało się to w „Portretach nieba”. Pomysł zrobienia prawdziwego filmu powstał nietypowo. – Malowałem w domu sufi t – opowiada Tomek. – I przyszła mi do głowy myśl, że muszę zrobić coś dla siebie, spełnić marzenie, bo inaczej coś we mnie umrze. I zdecydowałem, że zrobię film. Ale nie taki krótkometrażowy, tylko duży film fabularny. To jednak przerasta siły jednego człowieka. Wtedy Tomek pomyślał o Krzyśku. Krótka rozmowa telefoniczna i... już było ich dwóch. Tomek został reżyserem i scenarzystą, a Krzysiek kierownikiem planu – miał się zajmować rekwizytami, zaplanowaniem czasu, lokacjami, aktorami i nagrywaniem dźwięku.

MALARZ I TAJEMNICA
Fabuła powstała dużo wcześniej. Młody malarz Julian ulega wypadkowi. Łamie sobie nadgarstki i koniec z malowaniem. Wtedy pojawia się tajemnicza Anna. Pomaga Julianowi i sama chce nauczyć się malować. Co ciekawe, jej obrazy przedstawiają to, co dopiero ma się wydarzyć, a Julian nie wie, że tylko on widzi tajemniczą dziewczynę… – Najtrudniej było przerobić opowiadanie na prawdziwy scenariusz – wspominają filmowcy. – Trzeba było tworzyć miejsca, dialogi, ujęcia. Trwało to prawie 6 miesięcy. Początkowo nikt nie wierzył w to, co robimy. Ludzie byli zaskoczeni, że nasz pomysł ma taki rozmach – dodają. Na castingi przyszło więcej osób, niż się spodziewali. Od razu na początku zaznaczyli przyszłym aktorom, że to wolontariat, a plan niewiele ma z magii kina, którą widać potem na ekranie. Że będzie ciężka praca i poświęcenie dużo wolnego czasu. Wszyscy się zgodzili i powstała obsada. Nikt wcześniej nie zajmował się aktorstwem. Dla nich to też była przygoda.

DESKA NA DWÓCH RURKACH
Najpierw kupili kamerę. Nawet w połowie nie była profesjonalna, ale można było już nią coś nakręcić. Wózek, na którym jeździła, podczas ujęć zbudował… Krzysiek. – To zwykła deska z kółkami na dwóch rurkach PCV i na dywanie – tłumaczy kierownik planu. – Wszystko kosztowało zaledwie 45 zł. Najtrudniej było im znaleźć dom dla Juliana, który zgodnie z pomysłem miał mieszkać w wielkim domu nad wodą. Szukali nad jeziorem Dzierżno. Nie było łatwo. Zapukali w końcu do ośrodka „Posejdon”. Po chwili wyszedł energiczny mężczyzna. – Jak zacząłem tłumaczyć, że potrzebujemy pomieszczenia na wiele godzin i całkowicie za darmo, myślałem, że nic z tego nie będzie – śmieje się Tomek. A pan Marcin – bo tak się nazywał – słuchał tylko, a potem zapytał: „To kiedy zaczynacie?”. Podobnie udało się wypożyczyć obrazy z galerii, a nawet samochód dostawczy. I wszystko to całkowicie za darmo.

DWÓCH ZA KILKUNASTU
Można było zaczynać filmowanie. – Najgorzej było, jeżeli ktoś spóźniał się na plan – opowiadają. – Wtedy zaczynały się problemy, bo słońce zachodziło i światło się zmieniało. W lipcu jeździli na plan od razu po pracy i kręcili do późnej nocy. W sumie udało się nagrać 31 godzin materiału. W filmie będzie około 1,5 godziny. Krzysiek z Tomkiem nie tylko kręcili i nagrywali dźwięk. Przygotowywali też miejsca, rekwizyty, jedzenie dla aktorów, sprzątali plan. Jednej nocy po takim ciężkim dniu, gdy wynosili obrazy z pracowni Juliana, Krzysiek zażartował: „I pomyśl, że taki Spielberg przychodzi na plan i tylko sobie reżyseruje”.

ŚWIATŁA SAMOCHODU I SZCZEKANIE PSA
Jedną ze scen nagrywali kilka dni. – Potrzebowaliśmy ujęcia pustej szosy przy zachodzącym słońcu – opowiadają. – Ile razy ustawiliśmy się na drodze i zaczynaliśmy kręcić, pojawiały się światła samochodu. Musieliśmy się szybko pakować i czekać aż przejedzie. Było tak po kilka razy, aż w końcu zaszło słońce i całą pracę trzeba było przenieść na następny dzień – śmieją się Krzysiek z Tomkiem. – Innym razem, gdy wszystko dobrze się nagrywało, zaszczekał pies. I znowu trzeba było zaczynać od początku. Premierę „Portretów nieba” planują na marzec. Młodzi filmowcy zapowiadają, że to nie będzie ich jedyną przygodą z robieniem filmu.