publikacja 12.01.2009 13:19
Mleko z kotem * Lednica za majtki * Kierowca z nieba * Wymodlone przedszkola *Pyszna pizza *Zawieszona broń *
Mleko z kotem
Nie mogą kupować jedzenia, a nigdy nie byli głodni. Jedną z podstawowych zasad wspólnoty Cenacolo jest to, że nie można kupować jedzenia. Koniec, kropka. Można jeść tylko to, co podarują inni, czyli co „spadnie z nieba”. – Prosimy i otrzymujemy – mówią chłopcy ze wspólnoty w Krzyżowicach na Górnym Śląsku. – Gdy bardzo nam czegoś brakuje to urządzamy dodatkową nowennę. W ten sposób otrzymaliśmy wszystko: dom, krowy, samochód. – Gdy ruszały pierwsze domy wspólnoty Cenacolo nie mieliśmy dosłownie nic – opowiada Slaven z Chorwacji – Cztery puste ściany bez drzwi i okien, i wszędobylskie chwasty.
Gdy jest błogosławieństwo, znajdą się pieniądze – cieszy się ojciec Jan Góra
fot. JÓZEF WOLNY
Lednica za majtki
Chciałem kupić ziemię na polu lednickim – opowiada dominikanin ojciec Jan Góra, znany duszpasterz. – Kosztowała ogromnie dużo. Skąd wziąć tę kasę? – martwił się. Dostał właśnie list z błogosławieństwem od samego papieża. Brakowało mu tylko pieniędzy. Zaufał w ciemno.
U pani Małgorzaty Kotarby sprawami organizacyjnymi zajął się Pan Bóg
fot. JÓZEF WOLNY
Kierowca z nieba
Wybieramy się na Targi Książki Katolickiej do Warszawy – opowiada Małgorzata Kotarba, szefowa portalu muzycznego RUaH.pl – Stoisko opłacone, wszystko przygotowane. Jest peugeot, nie ma kierowcy. Nasz właśnie zdaje maturę.
Siostra Józefa, dominikanka ze św. Anny, pokazuje list szczęśliwych rodziców, dla których dziecko wymodliła siostra Rozariana
fot. JÓZEF WOLNY
Wymodlone przedszkola
Siostra Rozariana podeszła do tabernakulum, położyła na nim list z modlitwą i z szelmowskim uśmiechem powiedziała: „Żebyś potem Panie Boże nie mówił, że nic nie wiedziałeś!”. Siostra Rozariana rozmawiała z Jezusem tak, jakby należeli do tej samej rodziny. Bo należeli! Zakonnica pochodziła z rodziny warszawskiego rabina, z królewskiego rodu Dawida, z pokolenia Judy. Jezus był jej daleeeekim krewnym. Płynęła w nich ta sama krew.
Kiedy wspólnota Brata Efraima nie miała domu, napisała list do św. Józefa
fot. ARCHIWUM GN
Pyszna pizza
Zapachniało pizzą. Przy stoliku w małej restauracji we francuskim Montpellier siedziały dwa młode małżeństwa. – A gdybyśmy tak żyli razem, we wspólnocie? – powiedział ktoś. Myśl wydawała się szalona, ale młodzi podchwycili ją. Zamieszkali razem. Nikt nie przypuszczał, że to początek jednej z największych i najbardziej niezwykłych wspólnot odnowy Kościoła.
Pierwszy dom Wspólnota Błogosławieństw otrzymała pisząc list do... świętego Józefa. Nie mieli pieniędzy na zakup zrujnowanego klasztoru w Cordes. Zaufali Opatrzności. – Odwiedziła nas siostra Teresa – opowiada Brat Efraim. – Powiedziałem jej o moich kłopotach a zakonnica zaczęła opowiadać: „W 1901 roku mianowano urzędowego likwidatora naszego klasztoru. Siostry spakowały się i przygnębione oczekiwały eksmisji.
Ówczesna przełożona pewnej nocy, we śnie ujrzała najpierw klasztor w Cordes a potem pojawiła się Najświętsza Maryja Panna i powiedziała: Nie bój się niczego, wyprawię do ciebie mojego posłańca. Rano zadzwonił dzwonek u drzwi. W otwartych drzwiach stał człowiek, o którym mówiła Maryja. – Jestem adwokatem z Castres – przedstawił się. – Dowiedziałem się o waszych kłopotach i przychodzę bronić waszych interesów.
Adwokat wszczął proces i wygrał go!". – To, co nastąpiło potem może się wydać niewiarygodne – uśmiecha się Brat Efraim, założyciel Wspólnoty Błogosławieństw. – Zjawił się u nas mężczyzna z czarną aktówką, który wygłosił identyczne słowa jak wtedy u sióstr w 1901 roku: „Jestem adwokatem z Castres. Dowiedziałem się o waszych kłopotach i przychodzę bronić waszych interesów”. Dziś tysiące ludzi w domach Wspólnoty Błogosławieństw rozsianych po całym świecie każdego roku, 25 maja wieczorem, w rocznicę założenia wspólnoty, zajadają... pizzę.
Matka Teresa z Kalkuty dostała trzy dni czasu na załatwienie z Panem Jezusem zawieszenia broni w Bośni
fot. BETTMANN/CORBIS
Zawieszona broń
Czy Matka zgłupiała? Trwa wojna. Po co się tam pchać? – warknął zniecierpliwiony komendant. – Bo tam są dzieci! – upierała się Matka Teresa z Kalkuty. Matka Teresa znalazła się w byłej Jugosławii.
Gdy dowiedziała się, że po drugiej stronie linii frontu znajduje się duża grupa małych dzieci, po długiej modlitwie postanowiła pójść do komendanta wojska i prosić o pozwolenie przeprowadzenia ich do swojego klasztoru.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł