Święto w bananowych gajach

Beata Zajączkowska

|

MGN 02/2009

publikacja 12.01.2009 13:56

Bębny grają nieprzerwanie przez kilka godzin. Po Kraju Tysiąca Wzgórz rozchodzi się wieść o Narodzeniu Chrystusa. Dociera do glinianych chat ukrytych w bananowych gajach.

Święto w bananowych gajach Święta są jedyną okazją, żeby najeść się do syta fot. BEATA ZAJĄCZKOWSKA

Boże Narodzenie pod równikiem ma inną temperaturę. Za oknem żar, w kaplicy nie ma czym oddychać. Tylko refren lokalnej kolędy brzmi tak samo na całym świecie: „Gloria in excelsis Deo...”. Dla Rwandyjczyków Boże Narodzenie to jedno z najważniejszych świąt. To też dzień, gdy wielu wreszcie może najeść się do syta, a niektóre dzieci po raz pierwszy w życiu spróbują mięsa.

Szopka pod bananowcem
Przed Mszą wigilijną przez wioskę maszeruje procesja. Rwandyjską biedę zręcznie ukrywają świątecznie doprane koszule chłopców i długie, pełne falbanek sukienki dziewczynek. Dzieci tańczą w rytmie wystukiwanym na bębnach. Przechodzą obok szkoły odnowionej przez czytelników „Małego Gościa”. Kiedy wchodzą do kościoła, ich głowy automatycznie odwracają się w kierunku ośrodka, gdzie trwają ostatnie przygotowania do obiadu. Dochodzi południe. Większość z nich jeszcze nic nie jadła. Wciąż pamiętają smak obiadu sprzed roku. Wtedy po raz ostatni najadły się do syta. Co więcej, jadły rarytas: kawałek ugotowanej wołowiny. Wigilijna Msza jest jednocześnie zakończeniem Adwentu i Pasterką. W Rwandzie, szczególnie w wioskach, nie odprawia się Mszy o północy. Tak jest bezpieczniej – dla wielu nocny powrót do domu przez bananowy gaj mógłby skończyć się kradzieżą albo gwałtem. Z liturgii sprawowanej w lokalnym języku kinyarwnada rozumiem tylko jedno słowo: Emanuel. Bóg rzeczywiście jest z nami. Dziewczęta dziękują za to, tańcząc przed ołtarzem, a maluchy pląsają, wybijając rytm śpiewanych pieśni. Szopka stoi pod bananowcem i pachnącymi cyprysami.

Krowa na wigilię
Posiłek dla dzieci kolejny rok z rzędu przygotowała młodzież. Kto lepiej od nich zna prawdziwe potrzeby i pragnienia tutejszych dzieci?... Kiedy w brzuchu pusto, trudno marzyć o butach czy piłce. Przygotowania do wigilijnego obiadu trwały kilka dni. Po potrzebne produkty nikt nie idzie do sklepu, bo to zbyt drogie. Młodzież wyszukała więc w okolicy odpowiednią krowę i zamówiła weterynarza, by zbadał mięso. Przygotowania do wigilij nego obiadu trwały kilka dni. Po potrzebne produkty nikt nie idzie do sklepu, bo to zbyt drogie. Młodzież wyszukała więc w okolicy odpowiednią krowę i zamówiła weterynarza, by zbadał mięso. Na oddalonym o kilkanaście kilometrów targu w Ruhengeri kupiono ryż, kilkadziesiąt główek kapusty, marchew i przyprawy. Gotowanie w parafialnej kuchni na wolnym powietrzu trwało całą noc. Na zbudowanych z cegieł paleniskach ustawiono ogromne garnki. Dziewczęta dopiero nad ranem na przyniesionych materacach trochę odpoczywały, a gdy do kościoła zaczęły schodzić się pierwsze dzieci, już zaczynały przygotowywać obiadowe porcje.

Bilet wstępu na obiad
Po Mszy św. szał. Dzieci, ściskając w ręku kartki z Rorat – bilet wstępu na wigilijny obiad – ustawiają się w kolejki. Pierwsze idą przedszkolaki. Mycie rąk i... cisza. Maluchy maczają ryż w sosie i wyjadają z talerzy mięso z kapustą. Patrzą uważnie, kiedy, tak jak one, sięgam rękami po jedzenie. Do syta najada się prawie 2 tys. dzieci. Rytm świętowania w Kraju Tysiąca Wzgórz wyznacza bieda. Choć na ulicy można już spotkać handlarza w czapce mikołaja albo chińskie sztuczne choinki i światełka, to wyplatane z liści banana szopki należą w domach do rzadkości. W niektórych są nawet drewniane figurki, do innych trafiają tradycyjne kartki pocztowe. Na białym kartonie historia narodzenia Jezusa wyklejona z różnokolorowych pasm suchych liści bananowca. Podarunkiem świątecznym, jeśli już w ogóle się pojawia, jest nowe ubranie, plastikowe klapki (w całym kraju obowiązuje rządowy zakaz chodzenia boso) albo przyszykowane dla całej rodziny trochę lepsze jedzenie. Obok codziennej fasoli i bananów na stole pojawia się wtedy ryż czy wyjątkowo mięso.

Prezent za uśmiech
Doskonałym prezentem jest już samo zrobienie zdjęcia. Kiedy wychodzę po Mszy przed kościół, dzieci nie odstępują mnie na krok i same ustawiają się przed obiektywem. Po każdym pstryknięciu domagają się zobaczenia swej podobizny na wyświetlaczu aparatu. Taka zabawa może trwać w nieskończoność i dotyczy nie tylko maluchów. Sytuacja mnie przerasta, gdy wyciągam bożonarodzeniowe obrazki. Widzę las rąk i czuję, że dzieci już nikogo nie słuchają, przepychając się jeden przez drugiego. Obrazki giną w zaciśniętych dłoniach. Co więksi spryciarze próbują dostać po kilka. – Te dzieci nie mają nic – mówi ks. Grzegorz Leszczyk. – Nawet najzwyklejszy obrazek jest więc dla nich skarbem. Dla wielu otrzymany obrazek to jedyny świąteczny prezent – dodaje polski misjonarz marianin.

Skarb na dwóch kółkach
Młodzież, oprócz jedzenia, zadbała też o zabawę – przygotowali tombolę, czyli loterię fantową, która ściągnęła do parafi i księży marianów w Nyakinama chyba całą okoliczną ludność. Parafialny amfi teatr pękał w szwach. Głowa przy głowie: dzieci, młodzież i dorośli. Każdy ściska w ręku wymiętą karteczkę. Niektórzy układają z nich prawdziwy wachlarz. Jak magnes zadziałał rower – główna nagroda i szczyt marzeń. W biednych rwandyjskich wioskach to prawdziwy skarb. Może być typowym środkiem lokomocji, ale też pojazdem do przewożenia bananów albo „taksówką” zarabiającą na rodzinę. – Młodzież zebrała najróżniejsze fanty. Każdy los wygrywa – zapewnia ks. Grzegorz Leszczyk, marianin. Ze sceny padają kolejne szczęśliwe numery. Losowaniu towarzyszą prawdziwe emocje. Szczery jęk zawodu słychać, gdy chłopcy nie stali się posiadaczami skórzanej piłki. Po chwili rozlega się śmiech – starszy mężczyzna wygrał elegancką sukienkę, a polski misjonarz materac, który od razu wrócił z powrotem na loterię. I dobrze, bo już za chwilę uszczęśliwiony mężczyzna niesie go tryumfalnie do glinianej chaty. Zastąpi mu rozkładaną na podłodze matę, wyplataną z liści kukurydzy. Mama z kilkorgiem dzieci wygrywa roczne ubezpieczenie zdrowotne dla rodziny. Nie wierzy swemu szczęściu. Z przejęcia robi znak krzyża i nie może wymówić ani słowa. Radość budzi nawet wygrany cukierek, lizak, zwykły długopis czy kolorowy ołówek. To, co na europejskich dzieciach nie robi już najmniejszego wrażenia, dla małych Rwandyjczyków jest skarbem.

Tęsknota za lepszym
Początek nowego roku kalendarzowego w Rwandzie to niekończące się pielgrzymki po pomoc na opłacenie minerwalu, czyli czesnego za szkołę. Nauka rozpoczyna się tu w styczniu. Ks. Ryszard Kusy, proboszcz parafi i w Nyakinama, zauważa, że coraz częściej większym kryterium niesienia pomocy staje się nie tyle ubóstwo, bo ono jest tu powszechne, ile chęć zmiany własnego losu na lepsze. Pozytywnych przykładów nie brakuje: młodzież dwa lata oszczędzała na upragnione organy elektroniczne. Eugenia i Deodatus skończyli kurs krawiecki. Niedawno dostali maszyny do szycia i planują otwarcie własnego zakładu krawieckiego. Starsza młodzież opiekuje się dziećmi przy parafi i. Wielu mówi, że w przyszłości chcą zmieniać na lepsze oblicze Rwandy, tak jak teraz robią to misjonarze. Coraz częściej zdają sobie sprawę, że ich przyszłość – mieszkańców bananowych gajów – w dużej mierze zależy od nich samych.