Podróżnik Prawdziwy

Krzysztof Błażyca

Mały Gość 9/2025 |

publikacja 29.08.2025 16:32

Podróże miał we krwi. Jako dziecko rozkładał mapy i coś na nich kreślił. Marzył o wielkim świecie.

Świat jest księgą, a człowiek, który nie podróżuje czyta tylko jedną stronę – te słowa św. Augustyna były mottem podróżnika Świat jest księgą, a człowiek, który nie podróżuje czyta tylko jedną stronę – te słowa św. Augustyna były mottem podróżnika
Archiwum rodzinne

Przemierzał równikowe lasy, azjatyckie stepy i afrykańskie wioski, odwiedził polskie osiedla na krańcach świata. Ale zanim wyruszył w nieznane, był zwykłym chłopakiem, który kochał geografię, historię i książki. Władysława Grodeckiego, kartografa z Krakowa, który odbył ponad sto wypraw, w tym trzy dookoła świata i otrzymał przydomek Podróżnik Prawdziwy. wspomina jego córka, Jadwiga Grunwald.

Mapa

Gdy miał 12 lat, zmarła mama pana Władysława. Jako 15-latek trafił do szkoły z internatem, potem ukończył studia kartograficzne i rozpoczął pracę w Krakowie. W 1974 roku wyjechał do Iraku. Polacy pracowali tam nad mapowaniem pustyni. To była jego pierwsza zagraniczna podróż, ale jeszcze nie przełomowa.

Prawdziwa zmiana nadeszła w 1992 roku, gdy nadarzyła się okazja podróży dookoła świata. Pan Grodecki miał poprowadzić studencką wyprawę. Z czasem grupa się wykruszyła. Z ostatnim towarzyszem podróży rozstał się w Australii. Dalej wędrował sam. Wrócił do domu po 18 miesiącach. Już jako doświadczony podróżnik z misją.

Świat w plecaku

– Miałam wtedy 12 lat – wspomina córka, pani Jadwiga Grunwald. – Kiedy tata wrócił, przywiózł w plecaku cały świat. Nasiona z Amazonii, zapachy dżungli, ręcznie robione naszyjniki, filmy z różnych zakątków świata... Przez lata w naszym mieszkaniu unosił się zapach tamtych podróży – mówi z uśmiechem. – To były czasy, gdy internet dopiero raczkował, nie było smartfonów ani aplikacji – opowiada. – Przed podróżą tata wysyłał listy do miejsc, które planował odwiedzić. Odpowiedzi przychodziły czasem za późno, po miesiącach. Na lotniskach przeglądał książki telefoniczne, szukał polskich nazwisk, by znaleźć nocleg. W domu nie mieliśmy telefonu. Gdy dzwonił z ambasady na krańcu świata, łączył się przez... sąsiadów. Całą rodziną chodziliśmy do nich odebrać połączenie – śmieje się pani Jadwiga.

Zapomniane polskie dzieci

Najmocniej przyciągała go Azja. Podróżnik często cytował Kiplinga: „Kto raz usłyszał głos Azji, innego słuchać nie będzie”. Podczas pierwszej podróży dookoła świata (1992–1994) odkrył nieznane sobie rozdziały polskiej historii. W irańskim Isfahanie natknął się na cmentarz z polskimi grobami. Miejscowi opowiadali o Polakach, którzy trafili tam w czasie II wojny światowej. W Indiach spotkał siostrę zakonną, dawną sybiraczkę – wywiezioną z rodziną w głąb Związku Radzieckiego. – To od niej tata dowiedział się o wielkich deportacjach Polaków w latach 1940–1941. Wtedy w szkole o tym nie uczono – mówi córka. W Nowej Zelandii dotarł do osiedla Pahiatua, gdzie po wojnie trafiły polskie sieroty. Spisywał ich historie i nazwał „zapomnianymi dziećmi”. Na ślady Polaków natrafił też w Afryce. W Zambii, gdy zachorował na malarię, opiekował się nim kardynał Adam Kozłowiecki. – Dla taty to była podróżnicza misja, uczyć historii przez spotkania z tymi, którzy ją przeżyli – podkreśla Jadwiga.

Dekalog podróżnika

W Polsce Grodecki spotykał się z młodzieżą w szkołach. Oni pytali, on opowiadał o swoich wyprawach. Tak powstał dekalog podróżnika, którego ostatni punkt brzmiał: „Nosić brodę”. – Trochę żartobliwie, ale też po to, by wyglądać swojsko i wzbudzać zaufanie – śmieje się córka. Nie zawsze było łatwo w podróży. W Brazylii napadli go i okradli, w Nikaragui pobili, w Indiach trafił na zamieszki, trudno było nawet kupić wodę do picia. – Tata rzadko o tym mówił. Wolał zarażać pasją – podkreśla córka Jadwiga. – Po każdej wyprawie obiecywał, że to już ostatnia. A potem przeglądał zdjęcia, słuchał własnych nagrań i… planował kolejną. Czasem, gdy wracał, był chudszy o kilkanaście kilogramów. Ale nigdy nie przestawał wierzyć, że warto.

Z sercem w drodze

Podróżował bez luksusów. Z biletem w jedną stronę. Zawsze z plecakiem, zeszytem i książkami. Po drodze pracował: tu zbierał jabłka, tam prowadził audycję radiową.

– Mama to akceptowała. Mówiła, że znała go już jako człowieka, który zawsze gdzieś jedzie. I tak zostało – uśmiecha się córka. – Wszyscy się cieszyliśmy, kiedy wracał. Był indywidualistą, bardzo wymagający, przede wszystkim od siebie – dodaje.

Tworzył reportaże, nagrywał filmy, pisał artykuły. Zebrał kilkanaście tysięcy zdjęć. Dziś Władysław Grodecki ma swoje miejsce przy krakowskiej Alei Podróżników, Odkrywców i Zdobywców, niedaleko Tauron Areny.

Pozostawił wiele zapisków, ale przede wszystkim inspirację, że warto podróżować, odkrywać, poznawać. Nawet jeśli broda jeszcze nie rośnie.

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

Czytasz fragment artykułu

Subskrybuj i czytaj całość

już od 14,90

Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI

Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.