publikacja 29.08.2025 16:32
Podróże miał we krwi. Jako dziecko rozkładał mapy i coś na nich kreślił. Marzył o wielkim świecie.
Świat jest księgą, a człowiek, który nie podróżuje czyta tylko jedną stronę – te słowa św. Augustyna były mottem podróżnika
Archiwum rodzinne
Przemierzał równikowe lasy, azjatyckie stepy i afrykańskie wioski, odwiedził polskie osiedla na krańcach świata. Ale zanim wyruszył w nieznane, był zwykłym chłopakiem, który kochał geografię, historię i książki. Władysława Grodeckiego, kartografa z Krakowa, który odbył ponad sto wypraw, w tym trzy dookoła świata i otrzymał przydomek Podróżnik Prawdziwy. wspomina jego córka, Jadwiga Grunwald.
Mapa
Gdy miał 12 lat, zmarła mama pana Władysława. Jako 15-latek trafił do szkoły z internatem, potem ukończył studia kartograficzne i rozpoczął pracę w Krakowie. W 1974 roku wyjechał do Iraku. Polacy pracowali tam nad mapowaniem pustyni. To była jego pierwsza zagraniczna podróż, ale jeszcze nie przełomowa.
Prawdziwa zmiana nadeszła w 1992 roku, gdy nadarzyła się okazja podróży dookoła świata. Pan Grodecki miał poprowadzić studencką wyprawę. Z czasem grupa się wykruszyła. Z ostatnim towarzyszem podróży rozstał się w Australii. Dalej wędrował sam. Wrócił do domu po 18 miesiącach. Już jako doświadczony podróżnik z misją.
Świat w plecaku
– Miałam wtedy 12 lat – wspomina córka, pani Jadwiga Grunwald. – Kiedy tata wrócił, przywiózł w plecaku cały świat. Nasiona z Amazonii, zapachy dżungli, ręcznie robione naszyjniki, filmy z różnych zakątków świata... Przez lata w naszym mieszkaniu unosił się zapach tamtych podróży – mówi z uśmiechem. – To były czasy, gdy internet dopiero raczkował, nie było smartfonów ani aplikacji – opowiada. – Przed podróżą tata wysyłał listy do miejsc, które planował odwiedzić. Odpowiedzi przychodziły czasem za późno, po miesiącach. Na lotniskach przeglądał książki telefoniczne, szukał polskich nazwisk, by znaleźć nocleg. W domu nie mieliśmy telefonu. Gdy dzwonił z ambasady na krańcu świata, łączył się przez... sąsiadów. Całą rodziną chodziliśmy do nich odebrać połączenie – śmieje się pani Jadwiga.
Zapomniane polskie dzieci
Najmocniej przyciągała go Azja. Podróżnik często cytował Kiplinga: „Kto raz usłyszał głos Azji, innego słuchać nie będzie”. Podczas pierwszej podróży dookoła świata (1992–1994) odkrył nieznane sobie rozdziały polskiej historii. W irańskim Isfahanie natknął się na cmentarz z polskimi grobami. Miejscowi opowiadali o Polakach, którzy trafili tam w czasie II wojny światowej. W Indiach spotkał siostrę zakonną, dawną sybiraczkę – wywiezioną z rodziną w głąb Związku Radzieckiego. – To od niej tata dowiedział się o wielkich deportacjach Polaków w latach 1940–1941. Wtedy w szkole o tym nie uczono – mówi córka. W Nowej Zelandii dotarł do osiedla Pahiatua, gdzie po wojnie trafiły polskie sieroty. Spisywał ich historie i nazwał „zapomnianymi dziećmi”. Na ślady Polaków natrafił też w Afryce. W Zambii, gdy zachorował na malarię, opiekował się nim kardynał Adam Kozłowiecki. – Dla taty to była podróżnicza misja, uczyć historii przez spotkania z tymi, którzy ją przeżyli – podkreśla Jadwiga.
Dekalog podróżnika
W Polsce Grodecki spotykał się z młodzieżą w szkołach. Oni pytali, on opowiadał o swoich wyprawach. Tak powstał dekalog podróżnika, którego ostatni punkt brzmiał: „Nosić brodę”. – Trochę żartobliwie, ale też po to, by wyglądać swojsko i wzbudzać zaufanie – śmieje się córka. Nie zawsze było łatwo w podróży. W Brazylii napadli go i okradli, w Nikaragui pobili, w Indiach trafił na zamieszki, trudno było nawet kupić wodę do picia. – Tata rzadko o tym mówił. Wolał zarażać pasją – podkreśla córka Jadwiga. – Po każdej wyprawie obiecywał, że to już ostatnia. A potem przeglądał zdjęcia, słuchał własnych nagrań i… planował kolejną. Czasem, gdy wracał, był chudszy o kilkanaście kilogramów. Ale nigdy nie przestawał wierzyć, że warto.
Z sercem w drodze
Podróżował bez luksusów. Z biletem w jedną stronę. Zawsze z plecakiem, zeszytem i książkami. Po drodze pracował: tu zbierał jabłka, tam prowadził audycję radiową.
– Mama to akceptowała. Mówiła, że znała go już jako człowieka, który zawsze gdzieś jedzie. I tak zostało – uśmiecha się córka. – Wszyscy się cieszyliśmy, kiedy wracał. Był indywidualistą, bardzo wymagający, przede wszystkim od siebie – dodaje.
Tworzył reportaże, nagrywał filmy, pisał artykuły. Zebrał kilkanaście tysięcy zdjęć. Dziś Władysław Grodecki ma swoje miejsce przy krakowskiej Alei Podróżników, Odkrywców i Zdobywców, niedaleko Tauron Areny.
Pozostawił wiele zapisków, ale przede wszystkim inspirację, że warto podróżować, odkrywać, poznawać. Nawet jeśli broda jeszcze nie rośnie.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł