Brakuje mi tylko fufu

Krzysztof Błażyca

publikacja 20.05.2021 09:41

Na wigilijnym stole zamiast karpia jest mięso ze świni i ryż. Kurczak lub perliczki. – Ależ to smakuje!... Kiedy jest dobre jedzenie, to znaczy, że jest święto.

O. Emmanuel Noufe w tradycyjnym stroju z Burkina Faso (oprócz butów :)) O. Emmanuel Noufe w tradycyjnym stroju z Burkina Faso (oprócz butów :))
Krzysztof Błażyca /foto gość

Ojciec Emmanuel Noufe ze Zgromadzenia Ojców Białych od trzech lat mieszka w Polsce. W parafiach i szkołach (gdy nie było koronawirusa) opowiada o powołaniu misjonarza i o Burkina Faso, swojej ojczyźnie. Zanim z Afryki przyjechał do Polski, był proboszczem w Republice Demokratycznej Konga. Wcześniej w sąsiednim Burundi, w muzułmańskiej dzielnicy Bużumbury (stolica), pracował w ośrodku dla chorych na AIDS. Z misjonarzami pracowali lekarze i pielęgniarki. Ojciec Emmanuel pochodzi z Bamfura, miasta na północy kraju. Tam najczęściej pada deszcz. – I jest u nas chłodniej. Temperatura sięga najwyżej 40 stopni, a nie 45, jak na południu – mówi misjonarz. Ostatnie święta Bożego Narodzenia spędził w rodzinnym domu. Z „Małym Gościem” dzieli się wspomnieniami.

Jest mięso, jest święto

– U nas każde dziecko samo musi zbudować sobie szopkę. Dzieci robią postacie pasterzy, Maryi. Pamiętam, kiedy byłem dzieckiem, szopkę i postacie robiliśmy z gliny. Nie zawsze są one tak ładne jak w polskich szopkach, ale niektóre nasze dzieci naprawdę mają talent… – opowiada. – Gotową szopkę wystawia się na podwórko. A gdy w święta przychodzą goście, składają przy niej prezenty. W Burkina Faso nie ma też zwyczaju kolędowania od domu do domu. Ale sąsiedzi się odwiedzają i składają świąteczne życzenia. Na wigilijnym stole zamiast karpia jest mięso ze świni i ryż. Kurczak lub perliczki. – Ależ to smakuje!... – wspomina misjonarz. – Kiedy jest takie jedzenie, dzieci są bardzo zadowolone. Mówimy: jest święto, to znaczy jest dobre jedzenie. Bo na co dzień ludzie u nas nie jedzą często mięsa.

Tańce podczas Mszy

Świętowanie Bożego Narodzenia zaczyna się dwa dni wcześniej. Ludzie szykują specjalne ubrania, takie „od święta”. Pasterka, podobnie jak Polsce, jest w nocy. – W moim kraju, w Burkina Faso, dużo śpiewamy i ludzie tańczą w czasie Mszy św. – opowiada ojciec Emmanuel. – Najdłuższą Mszę w Boże Narodzenie odprawiałem w Kongu. Ponad 5 godzin. Tam, kiedy ludzie nie mogą wystarczająco długo tańczyć, to nie Msza – śmieje się misjonarz. – Czasem ludzie jeszcze długo tańczą po zakończeniu Eucharystii, nieraz całą noc. Ojciec Emmanuel przyznaje, że ludzie, wśród których pracował, są bardzo biedni, ale... bardzo szczęśliwi i radośni. – A gdy składają sobie życzenia, życzą sobie nawzajem zdrowia i... dobrego jedzenia. Jeśli mają pieniądze na jedzenie dla dzieci, to znaczy, że jest sukces – dodaje. – W Kongu miałem do objechania 37 kaplic w okolicznych wioskach – opowiada. – Jechałem motorem kilkadziesiąt kilometrów. Nieraz wywracałem się na błotnistym szlaku. Po większości dróg nie da się jeździć samochodem.

Owca w prezencie

Ojciec Emmanuel ma pięciu braci i dwie siostry. Dorastał w muzułmańskim otoczeniu. – Nasi muzułmańscy sąsiedzi odwiedzali nas w Boże Narodzenie, a my chodziliśmy do nich z życzeniami z okazji ich świąt – wspomina misjonarz. A jak to się stało, że został misjonarzem? – U mnie w parafii byli Ojcowie Biali – opowiada. – Byłem u nich ministrantem. Po szkole podstawowej poszedłem do niższego seminarium. Potem na czas szkoły średniej wróciłem do domu. A gdy zdałem maturę, już wiedziałem, że będę misjonarzem. Rodzina cieszy się jego powołaniem. – Podczas święceń byli bardzo szczęśliwi – wspomina. – Moje powołanie jest też ważne dla ich wiary. Sąsiedzi muzułmanie też szanują moje kapłaństwo. Kuzynka jest chrześcijanką, a jej mąż imamem, czyli duchownym muzułmańskim. Mój wuj też jest muzułmaninem – przyznaje. – Kiedy zostałem księdzem, dał mi owcę i powiedział: „Jestem bardzo szczęśliwy. Jesteś imamem dla katolików”.

Zimno w Polsce

Ojciec Emmanuel mówi dobrze po polsku. – Nauczyć się języka ludzi, wśród których żyjemy, oraz ich zwyczajów to najważniejsza zasada misjonarza – przyznaje. W Burkina Faso językiem urzędowym jest francuski. Ale rodzimy język ojca Emmanuela to lubiri. Plemię Lubi, z którego się wywodzi, to mała grupa żyjąca na granicy Burkina Faso i Ghany. – Wszystkich plemion w moim kraju jest około 65 – mówi. – Każde ma swój język. Lubię uczyć się nowych języków – przyznaje. – Choć pierwszy rok w Polsce był dla mnie trudny. Nie tylko język, ale i pogoda. Tu jest bardzo zimno. Teraz już się przyzwyczaiłem. Ojciec Emmanuel bardzo lubi polski bigos, flaki i golonkę. – U nas czegoś takiego nie zjesz – mówi. – Ale nie ma niestety fufu (papka z mąki, którą zjada się z sosem) i czasem mi tego smaku brakuje… – przyznaje. Na koniec naszego spotkania ojciec Emmanuel prosi: – Módlcie się za mnie. Chciałbym, aby wielu młodych Polaków głosiło w Afryce Ewangelię.