Droga Wielkiego Piątku

Piotr Kordyasz

publikacja 14.05.2020 09:27

Pilnowany dzień i noc przez ponad dwudziestu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, ołówkiem na ścianach napisał nazwy stacji męki Pańskiej. Każdą oznaczył krzyżykiem.

Kardynał Wyszyński przez trzy lata był bezprawnie więziony na polecenie ówczesnych władz. Na zdjęciu cela w Prudniku, gdzie przetrzymywano go ponad rok Kardynał Wyszyński przez trzy lata był bezprawnie więziony na polecenie ówczesnych władz. Na zdjęciu cela w Prudniku, gdzie przetrzymywano go ponad rok
henryk przondziono /foto gość

Całe moje życie było drogą Wielkiego Piątku – powiedział prymas Wyszyński kilka dni przed śmiercią po przyjęciu sakramentu chorych. „Nigdy nie zgrzeszyłem najmniejszym aktem niewiary przeciwko Panu Bogu”. A potem zszedł do biskupów czekających na niego. A właściwie przyjechał do nich na wózku inwalidzkim. Od kilku dni nie umiał już chodzić o własnych siłach. „Nie noszę w sercu najmniejszego żalu do nikogo i wszystkim pozostawiam swoje serce” – powiedział. Wiedział, że jego dni są policzone. Kończyło się na ziemi jego życie złożone z różnych chwil. Część z nich, jak sam podkreślał, miała decydujący wpływ na jego przyszłość. Życie prymasa Polski często utkane było zdarzeniami trudnymi i bolesnymi. One kształtowały jego charakter od najmłodszych lat.

Śmierć mamy

Gdy miał dziewięć lat, umarła mu mama. Tęsknił za nią całe życie, nawet wtedy, gdy był już dorosłym człowiekiem i prymasem Polski. Jej śmierć – jak przyznał po latach – nie załamała go jednak, nie podważyła wiary w Boga i wiary Bogu, mimo że podczas choroby każdego dnia z siostrami i tatą modlili się o zdrowie mamy. „Matka moja umierała prawie miesiąc. My – dzieci – siedząc w szkole, z lękiem nasłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony kościelne. Dla nas byłby to znak, że matka już nie żyje” – wspominał. Pewnego dnia, gdy Stefek wrócił ze szkoły, podszedł do łóżka umierającej mamy. „Stefan, ubieraj się…” – powiedziała. Chłopiec myślał, że mama chce go gdzieś wysłać, więc założył płaszcz i wrócił do chorej. A mama spojrzała na niego i powiedziała: „Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj…”. Stefek nie rozumiał. Dopiero tata wytłumaczył, że mamie nie chodziło o ubranie, o to, by włożył na siebie coś ciepłego, ale by „ubierał się” w cnoty, by dobrze przygotował się do przyszłej drogi życiowej. Przyszły prymas Polski dobrze to zapamiętał.

Wielki Piątek przy  konfesjonale

Czy umierająca mama czuła sercem, że jej Stefek kiedyś zostanie księdzem, biskupem, kardynałem i prymasem Polski, że musi się do tego dobrze przygotować? Czy wiedziała, że życie jej syna będzie drogą Wielkiego Piątku, bo jako prymas Polski będzie prześladowany i więziony za wiarę, i że po ludzku mu będzie bardzo ciężko? W pamięci Stefka Wyszyńskiego utkwiło też mocno inne zdarzenie, które okazało się decydujące w wyborze drogi życiowej. W Wielki Piątek jak zwykle uczestniczył w nabożeństwie Gorzkich Żali. Trzy części śpiewu przeplatano Drogą Krzyżową, co trwało kilka godzin. „Całą noc przesiedziałem w kościele, skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii” – wspominał po latach chwile, które rzeźbiły duszę małego Stefka i odkrywały przed chłopcem piękno kapłańskiej drogi. Często myślał, że zostanie księdzem, ale od tamtej chwili wiedział, że to jedyna droga przeznaczona dla niego.

Zagrożone święcenia

Pewnie nie przypuszczał wtedy niespełna dziesięcioletni Stefek, że droga Wielkiego Piątku wpisze się w jego życie. Kilkanaście lat później, w dniu, gdy miał przyjąć święcenia kapłańskie, poważnie zachorował. Trafił do szpitala. Omal nie umarł. Gdy wrócił do zdrowia, przyjął święcenia kapłańskie. Sam. Jego koledzy z seminarium od jakiegoś czasu byli już księżmi. Wszedł do zakrystii. Był jeszcze bardzo osłabiony, blady, wyglądał tak źle, że stary zakrystian, pan Radomski, widząc wchodzącego, powiedział: „Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”. Z pierwszą Mszą św. pojechał na Jasną Górę. Towarzyszyła mu w tym ważnym dniu młodsza siostra Stanisława. Płakała, patrząc na brata, który ledwo trzymał się na nogach i opierał się rękoma o ołtarz, aby nie upaść. „Ta pierwsza Msza Święta była dla mnie prawdziwą męką” – przyznał po latach prymas. W pierwszym roku kapłaństwa codziennie modlił się, by Pan Bóg pozwolił mu dożyć jutra, by następnego dnia móc odprawić jeszcze jedną Mszę św. To było jego największe marzenie. Stefan Wyszyński był księdzem przez 57 lat. Umarł trzy miesiące przed swoimi 80. urodzinami. Był rektorem seminarium, potem biskupem w Lublinie, a na koniec arcybiskupem warszawsko-gnieźnieńskim, prymasem Polski i kardynałem.

Więzienie

Droga, którą Bóg prowadził kardynała Stefana Wyszyńskiego, nie była łatwa. Jako prymas Polski przez trzy lata był więziony, przetrzymywany bezprawnie na polecenie ówczesnych władz. Gdy dowiedział się, że zmarł Bolesław Bierut, który kazał go aresztować i wyrządził mu wiele krzywd, przez kilka godzin modlił się za niego i odprawił w jego intencji Mszę św. Prymas Wyszyński nie szukał cierpienia, ale też od niego nie uciekał. Naśladował Pana Jezusa, który dobrowolnie przyjął krzyż i umarł za innych. Swoje cierpienia ofiarował za prześladowany Kościół i uratowanie wiary Polaków. Kardynał Wyszyński podczas Wielkiego Postu codziennie rozważał jedną stację Drogi Krzyżowej i tę praktykę doradzał innym. W Rywałdzie, swoim pierwszym miejscu uwięzienia, pilnowany dzień i noc przez ponad dwudziestu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, ołówkiem napisał na ścianach pomieszczenia, w którym brakowało światła, nazwy stacji męki Pańskiej i oznaczył je krzyżykiem. Gdy na stolicę Piotrową wybrano Jana Pawła II, kardynała z Polski, papież powiedział: „Nie byłoby na stolicy Piotrowej papieża Polaka, gdyby nie prymas Wyszyński, jego wiara, cierpienia, uwięzienie, zawierzenie Maryi...”.