Góry, kocham was!

Rozmawiała Joanna Juroszek

dodane 04.07.2019 09:25

Gdzie szukać Boga, jak budować niebo i o błogosławionym, który palił fajkę i miał problemy z łaciną, mówi ks. Krzysztof Nowrot.

Góry, kocham was! Ks. Krzysztof Nowrot jest duszpasterzem Ciemnych Typów, którym patronuje bł. Pier Giorgio Frassati

Mały Gość Niedzielny: Czasem księża mówią: „Pamiętajcie, Pan Jezus na wakacje nie wyjeżdża”. Ksiądz też tak mówi?

Ks. Krzysztof Nowrot: Moim zdaniem wakacjami dla Pana Jezusa były te chwile, kiedy szedł na pustynię. Odsuwał się wtedy od tłumu, od głoszenia, od aktywności, by nabrać nowych sił. Apostołom polecał dokładnie to samo: „Idźcie i odpocznijcie nieco”. Przekładając to na nasze życie, zabieranie Jezusa na wakacje to próba wypoczynku razem z Nim. Patrzymy na Jezusa jak na przyjaciela, z którym dobrze nam się odpoczywa.

Zabrać Pana Jezusa na wakacje to znaczy i na plażę, i na wycieczkę w góry?

– W góry – pierwszorzędnie. (śmiech) Kiedy podziwiamy piękno natury, delektujemy się słońcem, które nas opala, to jednocześnie możemy uwielbiać Pana Boga, dostrzec Go w pięknie, jakie nas otacza.

Pier Giorgio Frassati kochał góry. Czy to dlatego błogosławiony Włoch tak Księdza fascynuje?

– O Frassatim przeczytałem w książce ks. prof. Jerzego Szymika. Rzeczywiście, zwróciłem wtedy uwagę nie tyle na jego pobożność i miłosierdzie wobec ubogich, ile na jego miłość do gór. „Góry, góry, góry, kocham was!” – cytował Frassatiego ks. Szymik. To zdanie bardzo mocno zapadło mi w pamięć. Ale u Frassatiego zafascynowała mnie też jego normalność w podejściu do obowiązków. Wypełniał je gorliwie, ale jednocześnie liczył się z tym, że po drodze mogą zdarzyć się różne potknięcia. W jego życiorysie jest taki epizod związany z egzaminem z łaciny, którego nie zdał. Kiedy czytałem o tym w książce, byłem maturzystą, potem poszedłem do seminarium, gdzie rozpocząłem kurs z łaciny… Tamta sytuacja z życia Pier Giorgia była dla mnie dobrym przykładem, że można zostać świętym, nie będąc prymusem.

A góry?

Obraz z beatyfikacji przedstawia Frassatiego stojącego na szycie góry z fajką w ustach. To zdjęcie zawsze mi towarzyszy. Potem dowiedziałem się, że również Jan Paweł II poznał Frassatiego, kiedy był jeszcze studentem, i potem jako ksiądz Karol Wojtyła zabierał młodzież w góry. Tak jak dla Pier Giorgia, tak dla księdza Wojtyły i dla mnie również to okazja do ewangelizacji młodych.

Ksiądz nawet przypomina Frassatiego z tego obrazu...

Ja tych podobieństw nie widzę, ale ludzie rzeczywiście zwracają na to uwagę. Kiedyś w Rybniku po Mszy Świętej podeszła do mnie jedna z pań i powiedziała: „Bardzo księdza przepraszam”. „Za co?” – zapytałem zdziwiony. „Bo jak ksiądz w kościele akademickim powiesił obraz Frassatiego, to pomyślałam: »Jaki on jest pyszny! Ledwo tu przyszedł, a już swoje obrazy wiesza!«”. (śmiech)

„Pragnąłbym, o ile mi moje studia pozwolą, spędzać całe dni w górach, podziwiając wielkość Stwórcy” – tak mówił Frassati. Przeżył Ksiądz coś podobnego?

Kiedy arcybiskup wysłał mnie na studia do Lublina, miałem miesiąc wakacji więcej. Pojechałem wtedy do Pollone (miejscowość we Włoszech, w górach Piemontu, gdzie żył błogosławiony – przyp. red.). Spędziłem tam dwa tygodnie, chodząc tylko po górach. Pamiętam, jak we mgle próbowałem dojść do szczytu Mucrone. Jednak mgła była mało istotna, to, że potykałem się o kamienie, było mało istotne. Wystarczyła świadomość tego, że jestem w szczególnym miejscu. Byłem tylko ja i Pan Bóg. I mogłem wiele przemyśleć. To dało mi niesamowitą siłę.

W góry wyjeżdża też Ksiądz z młodymi i z rodzinami. Czy kiedy odprawia się Msze Święte na szczytach, inaczej czuje się Boga?

Młodzi chyba wtedy inaczej się modlą... Być może jest tak dlatego, że są zmęczeni. W modlitwie jest dużo więcej dziękowania. Młodzi wiedzą, ile przeszli, ile ich ta droga kosztowała... Szczyty, pogoda powodują, że zwrócenie się do Pana Boga jest jakby łatwiejsze.

Tak jakby niebo było bliżej?

Myślę że tak. Niedawno rozmawiałem z licealistami o niebie, o harmonii, jaka będzie tam panowała, że będzie to powrót do tego, co było w raju. Różne zwierzęta, co na ziemi jest niemożliwe, w niebie będą żyć obok siebie (tak pisze prorok Izajasz). Jeden z uczniów powiedział, że pewnie podobnie będzie z ludźmi. Ci, którzy dziś z różnych powodów nie potrafią się porozumieć, są do siebie źle nastawieni, w niebie będą stali obok siebie i spokojnie rozmawiali. Myślę, że to zaczyna się już tutaj.

Jezus powiedział, że królestwo Boże budujemy na ziemi.

Gdy jednamy się ze sobą – to jest początek. Budowanie królestwa to też życie ze świadomością, że Bóg jest na wyciągnięcie ręki. Adam i Ewa nie widzieli Pana Boga, nie siedzieli naprzeciwko Niego przez cały czas, ale wiedzieli, że On jest i zawsze mogą zwrócić się do Niego. Pamiętam pogrzeb ks. Jerzego Patalonga, proboszcza z Istebnej. Płakałem jak bóbr, widząc pełen kościół rozmodlonych ludzi, ubranych w góralskie stroje. Pamiętam też przemówienie jednej z parafianek: „Niejednokrotnie byłeś wymagający, ale zawsze wiedzieliśmy, że jesteś dla nas ojcem. A to, co mówiłeś, miało nam uświadomić jedno: bez Boga nie ma życia”. I to jest sedno. Tego dziś wielu ludziom brakuje: świadomości, że Bóg jest, że jest blisko.

Jest taka anegdota: „Niech zgłosi się ten, kto chce iść do nieba – las rąk. A teraz niech podniosą ręce ci, którzy już dziś chcą do nieba...”.

Kiedy Frassati był nastolatkiem, trwała wojna. Któregoś dnia jedną ze służących, która pracowała w jego rodzinnym w domu, zapytał: „Byłabyś gotowa oddać swoje życie po to, by ustała wojna?”. Służąca odpowiedziała, że nie, bo jeszcze jest za młoda. Wtedy Pier Giorgio powiedział: „Ja umiałbym to zrobić. Jestem gotów”. My myślimy tak jak ta służąca. Teraz do nieba?! Przecież mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle spraw do załatwienia… Mam swoje plany, marzenia... Jeszcze nie teraz… I na tym, na realizacji naszych planów, a nie na niebie, zależy nam chyba najbardziej.

To do zobaczenia w niebie!

Daj, Panie Boże!

Tagi: