Odpust u św. Bartłomieja

dodane 28.08.2018 08:57

Dziwna sprawa, ale obojgu nam się z Koką wydaje, że to drugie ma lepszą kość. Dlatego jeden drugiemu odbiera, rzuca się do gryzienia, ale już zerka okiem na kumpla i jest przekonany, że jednak tamta kość była lepsza. Ledwo po krótkiej bitwie dokonujemy zamiany, sytuacja się powtarza. Ale zauważyłem, że u dzieci jest dokładnie tak samo. Im też się wydaje, że cudzy rower, hulajnoga, nawet wiaderko w piaskownicy czy autko lub lalka są lepsze.

Niedziela, 26 sierpnia, 2018 r.

Hau, Przyjaciele!

Nie wiem, co znaczy słowo „odpust”, ale padło tyle razy, że głowa mała. Babcia miota się po kuchni, co mi bardzo odpowiada, bo miska co chwilę zostaje czymś smakowitym zapełniona. Zapachy też są ponętne. Już wczoraj poszli całą rodziną na jakiś festyn, a ja musiałem zostać z prababcią. Nie nudziłem się, bo przyjechała Koka i urządziliśmy walkę o kości, które nam babcia kupuje. Dziwna sprawa, ale obojgu nam się z Koką wydaje, że to drugie ma lepszą kość. Dlatego jedno drugiemu odbiera, rzuca się do gryzienia, ale już zerka okiem na kumpla i jest przekonany, że jednak tamta kość była lepsza. Ledwo do krótkiej bitwie dokonujemy zamiany, sytuacja się powtarza. Ale zauważyłem, że u dzieci jest dokładnie tak samo. Im też się wydaje, że cudzy rower, hulajnoga, nawet wiaderko w piaskownicy czy autko lub lalka są lepsze. My z Koką brutalnie i bez ceregieli wyrywamy sobie kości. Maluchy podobnie. Ale starsze dzieci zaczynają rozmowy, negocjacje, próbują dokonać zamiany, coś pożyczyć. Wtedy dorośli się na dzieci złoszczą, chociaż sami wieczorem mówią, że chyba trzeba kupić coś, co właśnie widzieli u znajomych. Czy nie lepiej tak jak my z Koką ciągle się wymieniać? Co prawda i tak nie zaznajemy spokoju ducha, ale jednak przez kilka chwil jesteśmy zadowoleni, a kosztów nie ponosimy. Snułem sobie takie rozważania, gdy rodzina wróciła z mszy odpustowej i wśród śmiechu zasiadano do stołu. Prababcia wspominała dawne odpusty, jakieś karuzele, a Kuba co chwilę zbiegał na podwórko i po chwili rozlegał się donośny strzał. Na szczęście Koka i ja należymy do nielicznej grupy psów, które nie boją się wystrzałów. Tylko Zuzia podskakuje i stwierdza z wyrzutem, że to Buba. Bo tak wymawia imię swojego brata, a w jej języku „bata”, bo dla wygody nie wymawia jednej głoski. My psy właśnie głoskę „r” mamy w ostrzegawczym warczeniu wręcz wrodzoną. Cześć, Tytus

Tagi: