Mamo, życzę Ci nieba

dodane 24.11.2017 11:56

Każda jest wyjątkowa, najlepsza na świecie. Dla swoich dzieci gotowa oddać wszystko, często nawet życie. Wśród milionów kochanych mam są też święte i błogosławione. Przedstawiamy cztery: świętą Monikę, błogosławione Joannę Berettę Mollę, Marię Quattrocchi i Zelię Martin.

Joanna Beretta Molla z dwojgiem swoich pierwszych dzieci, Pierluigim i Marioliną. Po lewej: Na spacerze z mężem Piotrem Joanna Beretta Molla z dwojgiem swoich pierwszych dzieci, Pierluigim i Marioliną. Po lewej: Na spacerze z mężem Piotrem
zasoby internetu

Joanna Beretta Molla

Po śmierci żony Piotr Molla powiedział: „Nigdy nie przypuszczałem, że żyję z osobą świętą”, a potem opowiadał o niej tak: „Joanna była wspaniałą kobietą, a przy tym absolutnie normalną. Była piękna i mądra. Dobra. Lubiła się śmiać. Była także kobietą nowoczesną i elegancką. Podobały jej się kwiaty i lubiła muzykę. Przez wiele lat mieliśmy abonament na koncerty w Konserwatorium w Mediolanie… Lubiła podróżować…”. Joanna była lekarzem, Piotr inżynierem. „Modlę się, by Pan Bóg szybko podarował mi dużo grzecznych i świętych dzieci” – pisała Joanna z podróży poślubnej do swojej siostry. Najpierw urodził się Pierluigi. Rok później przyszła na świat Maria Zita, zwana Marioliną. Dwa lata później, w lipcu 1959 roku, urodziła się Lauretta. „Zaraz po chrzcie powierzała swoje dzieci Matce Bożej Dobrej Rady” – wspomina mąż. „Jestem szczęśliwa z powodu Piotra i naszej trójki dzieci. Bardzo dziękuję za to Panu. Bardzo chciałabym mieć jeszcze jednego brzdąca” – pisała w jednym z listów. I to pragnienie się spełniło. Ale radość szybko zmieszała się z niepokojem. Przy rozwijającym się dziecku rósł wielki guz. Konieczna była operacja. Joanna wiedziała, co to znaczy. Jej życie było zagrożone. Księdzu, u którego się spowiadała, powiedziała: „Zawierzam się Bogu. Jestem gotowa na wszystko, aby uratować to moje stworzenie”. „Co robimy? Ratujemy panią czy dziecko?” – zapytał lekarz przed operacją. „Najpierw ratujemy dziecko!” – odpowiedziała szybko. „O mnie proszę się nie martwić”. Jakieś półtora miesiąca przed urodzeniem czwartego dziecka Piotr jak zwykle wychodził do pracy. Joanna zatrzymała go w przedpokoju. Podeszła blisko i powiedziała: „Piotrze, proszę cię… Jeżeli trzeba będzie wybierać między mną a dzieckiem, wybierz dziecko, nie mnie. Proszę cię o to…”. Piotr był pewny, że Joanna nie chciała umierać. Ale była przekonana, że nienarodzone dziecko ma takie samo prawo do życia jak pozostała trójka jej dzieci. – Wiedziała – podkreśla mąż – że jako żona i matka jest nam bardzo potrzebna, jednak w tym najtrudniejszym momencie była niezastąpiona dla tego malutkiego dzieciątka. Bardzo kochała życie. Uwielbiała muzykę, grała na fortepianie, chodziła na koncerty, malowała. Chodziła z dziećmi po górach, dobrze jeździła na nartach, a jednocześnie dbała o dom, interesowała się modą i doskonale gotowała – o czym zaświadczają jej dzieci.

Pierluigi, najstarszy, tak mówi o swojej mamie:

Mam w sercu obraz mamy, która mimo wielu swoich obowiązków zawodowych (była lekarzem) bardzo chciała być z nami, ze swoimi dziećmi. Mieliśmy pomoc domową, ale mama sama o nas dbała. Pamiętam jej wielką radość życia, to, jak uczyła mnie jeździć na nartach, jak jeździłem z nią w samochodzie, gdy odwiedzała swoich pacjentów. Mama nauczyła nas, że nie wolno być letnim, że niczego nie wolno czynić połowicznie, że aby być świętym, nie trzeba robić nic szczególnego, tylko dobrze każdego dnia wypełniać swoje obowiązki.

Laura, jedna z trzech córek, wspomina:

Moje wspomnienia o mamie są niejasne, zamazane, bo nie miałam jeszcze trzech lat, kiedy umarła. Pamiętam jej uśmiech, kiedy musiała znosić moje kaprysy, gdy nie chciałam iść do przedszkola. Byłam małą gadułą, bardzo lubiłam mówić i pamiętam, jak mama spokojnie zwracała mi uwagę, żebym nie przerywała, kiedy rozmawiała z tatą albo z przyjaciółkami. Pamiętam też dni spędzone w górach, a także to, kiedy tata wracał z podróży i cała rodzina była razem. Pamiętam ostatnie święta Bożego Narodzenia spędzone z mamą, kiedy opowiadała mi o narodzeniu Jezusa. Ból, uczucie straty i żal, że mamy nie ma, nie opuściły mnie nigdy. W latach dojrzewania zawsze miałam poczucie, że ona jest blisko, że mi pomaga. Na podstawie: mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl.

Maria Quattrocchi

Trudno opowiadać o niej bez męża. Od dnia bowiem, w którym ich drogi się skrzyżowały, już nigdy nie żyli osobno. A poznali się w Rzymie. On, Alojzy (Luigi), był adwokatem, ona, Maria, bardzo zdolna, interesowała się pedagogiką i wychowaniem w rodzinie. Zakochali się w sobie i wkrótce w jednej z bazylik rzymskich ślubowali przed Bogiem miłość do końca życia. Przyjaciele i znajomi, z którymi chętnie się spotykali, mówili, że Maria i Luigi z każdym rokiem są w sobie bardziej zakochani. Maria była bardzo religijna. Alojzy owszem, był wierzącym katolikiem, ale nie zawsze chodził w niedzielę do kościoła. Maria jednak cierpliwie zachęcała męża do korzystania ze spowiedzi i Komunii św. Wieczorem razem klękali przed obrazem Najświętszego Serca Pana Jezusa, któremu oddali całą rodzinę. Na świat przyszło w ich domu czworo dzieci: dwóch synów i dwie córki. Gdy urodziło się pierwsze dziecko, Alojzy z dnia na dzień rzucił palenie papierosów. „Nie chcę dawać złego przykładu swojemu synowi” – powiedział. Każdy wolny czas spędzali z dziećmi. Wyjazdy za miasto, wycieczki rowerowe, wakacje organizowali tak, by dzieci się nie nudziły, odpoczęły, a przy okazji żeby się też czegoś nauczyły. Jeden z synów Marii i Alojzego został księdzem w Rzymie, drugi zakonnikiem trapistą, jedna córka poszła do klasztoru benedyktynek, a druga została z rodzicami. W 2001 roku Jan Paweł II ogłosił Marię i Alojzego błogosławionymi za to, że byli szczęśliwym, udanym małżeństwem i wspaniałymi rodzicami dla swoich dzieci. To zdarzyło się w Kościele po raz pierwszy. W uroczystości na placu św. Piotra w Rzymie uczestniczyli ich obaj synowie: 95-letni ks. Tarcisio i 92-letni o. Paolino oraz 87-letnia córka Enrichetta.

Alojzy i Maria o swoich dzieciach:

Obserwowaliśmy ich pierwsze kroki, pierwsze uśmiechy, pierwsze słowa. Z miłości do dzieci staraliśmy się poprawiać z naszych wad. Chcieliśmy, by dzieci dobrze czuły się w domu. Potem była szkoła, harcerstwo, które uzupełniało nasze wychowanie i przygotowywało je do życia. Czuwaliśmy nad nimi dniem i nocą, uważając, by jakieś zło nie zamroczyło ich dusz. Czuliśmy, że ciąży na nas wielka odpowiedzialność. Wobec samego Boga, który powierzył nam dzieci, i wobec ojczyzny.

Cezary (o. Paolino, trapista) o swoich rodzicach:

Nigdy nie wyobrażałem sobie, że Kościół ogłosi moich rodziców świętymi, ale szczerze mogę powiedzieć, że zawsze dostrzegałem ich niezwykłe uduchowienie. Atmosfera w naszym domu była spokojna i szczęśliwa, ale nie przesadnie pobożna, religijna. Problemy, jeśli się pojawiały, rodzice zawsze rozwiązywali, mówiąc, że należy je powierzyć Niebu. Mama opowiadała, że kiedy razem uczestniczyli w porannej Mszy św., ojciec witał się z nią dopiero po wyjściu z kościoła. Tak jakby dopiero wtedy zaczynali nowy dzień. Siła ich miłości widoczna jest w wielu listach, jakie pisali do siebie. Kiedy mój ojciec wyjechał w podróż na Sycylię, ledwie przybył do Neapolu, już wysłał wiadomość, w której pisał, jak bardzo tęskni za matką. Rodzice nigdy się nie kłócili, a kiedy dochodziło do różnicy zdań, żywo dyskutowali. Czasem, gdy było to potrzebne, rodzice dawali nam klapsy, ale największą karą, gdy byliśmy niegrzeczni, było pójście spać bez pocałunku na dobranoc.

Monika

Często modlą się do niej mamy, które mają problem z wychowaniem swoich dzieci. Nie miała łatwego życia. Była chrześcijanką urodzoną w Tagaście (dzisiejsza Algieria w Afryce) W IV wieku dziewczętom wybierano mężów i tak dla Moniki pochodzącej z niezbyt zamożnej rodziny wybrano na męża urzędnika państwowego, który nie dość, że był poganinem, to jeszcze miał bardzo trudny i porywczy charakter. Monika wierzyła, że z Bożą pomocą będzie dobrą żoną i matką. Swoją łagodnością, cierpliwością i modlitwami doprowadziła do tego, że przed śmiercią mąż nawrócił się i przyjął chrzest. Monika miała wtedy 39 lat. Do końca życia pozostała wdową. Bardzo troszczyła się i modliła za swoje dzieci: dwóch synów i córkę. Szczególnym jej zmartwieniem był Augustyn, który żył po swojemu, daleko od Boga. Przez wiele lat święta Monika modliła się o jego nawrócenie. Prosiła, płakała, a przede wszystkim cierpliwie i wytrwale prosiła Boga, by syn znalazł do Niego drogę. Cierpiała bardzo. W końcu postanowiła wyruszyć za synem z Afryki do Europy. Wierzyła, że przed śmiercią zobaczy nawrócenie syna. Augustyn rzeczywiście spotkał Jezusa, przyjął chrzest. Co więcej, został nawet księdzem, ale tego już Monika nie doczekała, bo zmarła krótko po jego chrzcie.

Święty Augustyn o swojej mamie, św. Monice:

Ktokolwiek ją poznał, ten sławił, czcił i miłował w niej Ciebie, Boże. Czuł w jej sercu Twoją obecność, którą potwierdzało jej święte życie. Domem zajmowała się troskliwie. Dzieci wychowywała po Bożemu i bardzo przeżywała, gdy któreś od Ciebie odchodziło. (...) Gdy zbliżał się dzień, w którym miała odejść z tego życia, zdarzyło się, jak myślę, za tajemnym Twoim zrządzeniem, że staliśmy tylko we dwoje oparci o okno, skąd roztaczał się widok na ogród – w Ostii u ujścia Tybru. Tam właśnie, z dala od tłumów, po trudach długiej drogi nabieraliśmy sił do czekającej nas żeglugi. Zapominając o przeszłości, zastanawialiśmy się, czym będzie wieczne życie. To, czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało i co w serce człowiecze nie wstąpiło. Nasze serca tęskniły do nieba, do Ciebie, na tyle, na ile myślą mogliśmy dotknąć tej wielkiej tajemnicy. (…) Zaledwie pięć dni po tej rozmowie albo trochę później zachorowała. Pewnego dnia na krótko straciła przytomność. Zbiegliśmy się do niej, popatrzyła na mnie i mego brata jakby ze zdziwieniem i zapytała: „Gdzie byłam?”. A gdy spostrzegła, że stoimy przerażeni i smutni, powiedziała: „Tu pochowacie waszą matkę”. Milczałem i dusiłem w sobie płacz. Brat powiedział coś w tym sensie, że byłoby lepiej, gdyby umarła we własnym kraju, a nie na obczyźnie. Spojrzała z niepokojem i rzekła: „To nieważne, gdzie złożycie moje ciało. Zupełnie się o to nie martwcie! Tylko o jedno was proszę, żebyście – gdziekolwiek będziecie – wspominali mnie przed ołtarzem Pańskim”. Gdy zamykałem jej oczy, spłynął do mego serca niezmierny smutek. Wszystko we mnie wzbierało płaczem, ale głos serca zmusił mnie do spokoju. Moja matka nie osuwała się w nicość. Byliśmy tego pewni, bo wiedzieliśmy, jak żyła. Wiara nasza była prawdziwa, nie udawana, oparta na niezachwianych argumentach. Ulgę znajdowałem w pamięci o tym, że kiedy w ostatniej chorobie czule się nią opiekowałem, nazywała mnie dobrym synem i z wielkim wzruszeniem mówiła, iż nie przypomina sobie, by kiedykolwiek usłyszała ode mnie jakieś twarde albo wyzbyte szacunku słowo. Na podst.: św. Augustyn, „Wyznania”, księga IX

Zelia Martin

Mieszkała w Normandii, najdalej na północ wysuniętym regionie Francji. Podobnie jak w przypadku Marii i Alojzego Quattrocchich, trudno mówić tylko o niej. Zresztą siedem lat po tym, jak Jan Paweł II ogłosił Quattrocchich błogosławionymi, Benedykt XVI beatyfikował kolejne małżeństwo: Zelię i Ludwika Martin, rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Ludwik spotkał swoją Zelię na moście w Alençon, gdzie mieszkali. Zelia była pewna, że tego dnia usłyszała w swoim sercu: „To jest ten, którego dla ciebie przygotowałem”. Co ciekawe, oboje chcieli wstąpić klasztoru, jednak co innego zaplanował dla nich Pan Bóg. Kiedy doświadczony zakonnik powiedział otwarcie, że to nie jego droga, Ludwik zaczął naukę jako zegarmistrz. Zelia, nieprzyjęta do klarysek z powodu słabego zdrowia, została koronkarką. Wkrótce młodzi, zakochani w sobie, pobrali się, a Zelia w jednym z listów do swej siostry pisała tak: „Chciałabym mieć wiele dzieci, tak by je wszystkie wychować dla Nieba”. Razem z Ludwikiem wychowywali pięć córek: Marię, Paulinę, Leonię, Celinę i Teresę. Wszystkie zostały zakonnicami. Czworo dzieci, w tym dwóch chłopców, zmarło we wczesnym dzieciństwie. Pani Zelia często w różnych sprawach zwracała się do swojej „czwórki aniołków” w niebie. Bóg był w ich rodzinie najważniejszy. Każda niedziela była dniem świętym. Razem uczestniczyli we Mszy św. Po wspólnym obiedzie szli na nieszpory. A potem rodzinny świąteczny wypoczynek. Najbardziej rozsławiła rodzinę Terenia, najmłodsza córka, późniejsza wielka święta. Miała zaledwie cztery lata, kiedy umarła mama. Ale wspomnienia o swojej rodzinie, o mamie, zapisała też w swoich „Dziejach duszy”. Większość na podstawie dziesiątek listów, które mama pisała do swojej siostry, do męża i do dorosłych już córek. Przed śmiercią napisała: „Dobry Bóg dał nam ojca i matkę, którzy byli bardziej godni Nieba aniżeli ziemi”.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus o swojej mamie:

Moje pierwsze wspomnienia pełne są uśmiechów i najczulszych pieszczot!... Ja także bardzo kochałam Tatusia i Mamusię i okazywałam im moją czułość na tysiąc sposobów. Sposoby te były czasem dziwaczne, jak o tym świadczy fragment z listu Mamusi: „Maleńka jest niezrównanym figlarzem; przychodzi do mnie, tuli się i życzy mi śmierci: – O, jak bym bardzo chciała, żebyś umarła, moja Mamusiu!... Skarcona zaś mówi: – To dlatego, abyś poszła do Nieba, przecież mówisz, że trzeba umrzeć, by tam pójść”. A kiedy miałam zaledwie osiemnaście miesięcy pisała tak: „Właśnie maleńka przyszła pogłaskać mnie rączką po twarzy i uściskać. To małe dziecko ani na chwilę nie chce mnie opuścić, jest stale ze mną”. W innym liście pisała o mnie tak: „Terenia pytała, czy pójdzie do Nieba. Powiedziałam, że tak, jeżeli będzie bardzo grzeczna. Na co ona odrzekła: – A jeśli nie, to pójdę do piekła... Ale wiem, co zrobię. Gdy będziesz szła do Nieba, ulecę z Tobą i jak Pan Bóg będzie mógł mnie odłączyć?... Będziesz mnie mocno trzymać w swych ramionach, prawda? Widziałam w jej oczach mocne przekonanie, że Pan Bóg nie będzie mógł jej nic zrobić, jeśli się znajdzie w ramionach swej matki...”. Pamiętam zwłaszcza niedzielne spacery, w których zawsze towarzyszyła nam Mama... Podczas tych długich spacerów odwiedzaliśmy często biednych i do mnie należał zawsze obowiązek podawania im jałmużny, z czego byłam bardzo szczęśliwa”. Na podst. „Dziejów duszy” św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Tagi: