Niesamowita rodzina w niesamowitym świecie

Wspomnienia spisała mama,
Eliza Łopacińska


|

MGN 09/2015

dodane 24.11.2017 12:04

Stanęli na środku Ziemi, dotarli do miasta położonego dalej niż koniec świata, spali na wulkanie i lodowcu. Spotkali bezdomnych i bardzo bogatych. Poznali siebie.

Mama Eliza, Wojtek i Lusia, i tata Wojciech pod jednym z architektonicznych cudów świata, pomnikiem Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro Mama Eliza, Wojtek i Lusia, i tata Wojciech pod jednym z architektonicznych cudów świata, pomnikiem Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro
archiwum rodziny Łopacińskich

Wciągu 365 dni dotarli na „koniec świata”, do argentyńskiego Ushuaia. Weszli na lądolód, z którego spływa 50 lodowców. Na jednym z nich z 50-metrowej wysokości obserwowali, jak kruszą się i z hukiem wpadają do wody potężne bryły lodu. Kąpali się we wszystkich 3 wielkich oceanach świata, a w malutkich boliwijskich gejzerach pływali w temperaturze 2 stopni Celsjusza. 
Widzieli 4 architektoniczne cuda świata: pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro, Chichén Itzá w Meksyku, Tadż Mahal w Indiach i Macchu Pichu w Peru. Trafili na obchody 100-lecia Kanału Panamskiego i przygotowania do 200-lecia urodzin św. Jana Bosko. Przejechali największą solniczkę świata, pustynię Salar du Uyuni w Boliwii i przepłynęli najwyżej położone jezioro świata, Titicaca w Peru. W Peru spali też na pływającej wiosce z trzciny u Indian Uros. W kwietniu, w Bangladeszu, po raz trzeci przywitali Nowy Rok. Do niektórych państw wracali kilka razy. Ledwo starczyło im miejsca w paszportach.
Pani Eliza Łopacińska, mama Wojtka i Lusi, żona pana Wojciecha, przygotowała dla „Małego Gościa” wspomnienia z wyprawy, którą rok temu zapowiadaliśmy. 


Wyprawa w liczbach


Pokonaliśmy 114 tysięcy kilometrów. Prawie 3 razy okrążyliśmy kulę ziemską. 33 noce przespaliśmy w autobusach, pociągach i na statkach. 600 godzin spędziliśmy w lądowych środkach transportu (zakładając, że wszystkie pojazdy, oprócz chińskich kolei, które gnały 270 kilometrów na godzinę, poruszały się średnio 50 kilometrów na godzinę, przejechaliśmy w nich 30 tysięcy kilometrów. Ponad 100 godzin spędziliśmy, płynąc statkami. 14 razy lecieliśmy samolotami (głównie między kontynentami). 45 minut trwał najkrótszy lot (podniebny spacer nad płaskowyżem Nasca w Peru). 71 godzin i 45 minut, czyli prawie 3 dni oglądaliśmy Ziemię z góry. Wjeżdżaliśmy do 40 państw świata i 2 autonomicznych terytoriów (Hongkong i Zanzibar). 56 razy przekraczaliśmy granicę. 184 razy byliśmy gośćmi poznanych ludzi (nie licząc zaproszeń bez noclegów, czyli kolacji, obiadów i śniadań). 18 nocy zapewniły nam polskie placówki dyplomatyczne i ministerstwa odwiedzanych państw. 80 razy spaliśmy w kościołach, najczęściej u salezjanów, bo Wojtek, uczeń Salezjańskiej Szkoły Podstawowej w Toruniu, załatwiał nam zaproszenia dla całej rodziny. 4 noce spędziliśmy w najdalej wysuniętej parafii świata w Puerto Williams w mieszkaniu ojca Juana przy kościele.


Nocny śmiech hieny


Mama, która protestuje przed wszystkim, co zbyt mało komfortowe, 26 razy zasypiała w namiocie na karimacie. Większość z tych „miejscówek” była nieoficjalna, jak na przykład kubańska plaża w Varadero, szczyt wulkanu San Pedro w Gwatemali czy lodowiec Perito Moreno w Chile. Nocleg w górach, w dżunglii i nad jeziorami był zawsze interesującym przeżyciem pod hasłem „ciekawe, czy tu też nam się uda…”. 
Na zawsze zapamiętamy głos śmiejącej się hieny obok naszego namiotu w tanzańskim parku narodowym Serengeti i noc na końcu świata w argentyńskim Ushaia, gdzie przy zerowej temperaturze patagoński wiatr pokazał nam, kto rządzi tysiąc kilometrów od Antarktyki. Tę noc spędziliśmy we wszystkich ciuchach założonych na siebie, bo Luśka zapomniała o plecaku ze śpiworami całej rodziny, po chilijskiej stronie Kanału Beagle.
Najczęściej spaliśmy u rodzin. Gościliśmy u dziesiątek osób, poznając, jak żyją. Kiedy wstają do pracy, jak spędzają czas wolny i co jedzą na kolację. Wiemy, czym się interesują i jak wyglądają ich mieszkania. Gościliśmy w luksusowych domach z basenami, służbą i kilkoma sypialniami, w indiańskich szałasach i drewnianych chatach w Afryce.


Szkoła w bez okien


Wojtek i Lusia nie chodzili do szkoły przez cały rok, ale podczas wyprawy odwiedzili 48 szkół w 28 państwach świata. Jedno z najciekawszych spotkań odbyło się w Bangladeszu, gdzie w muzułmańskiej szkole spotkaliśmy nauczycielki i dziewczynki ubrane w chusty. W Bangladeszu byliśmy też w malutkiej szkole w Lokhikul, gdzie jedyny polski misjonarz w tym kraju, brat Paweł Kociołek, uczy dzieci w blaszanej salce bez okien i drzwi przy 38 stopniach gorąca. Byliśmy w szkołach tylko dla dziewcząt i salezjańskich oratoriach dla cłopców. W kilku z nich Wojtek wstawał o 5 rano i przygotowywał śniadanie, a wieczorem pomagał przy odrabianiu lekcji. 


Kotlet z alpaki 



Każdy z 365 dni wyprawy czymś nas zaskakiwał. Przeżyliśmy wiele gastronomicznych niespodzianek. Mały Wojtek zjadł w Chinach mięso z psa a ja z nim świnkę morską i kotleta z alpaki, lamy i grillowane wieprzowe jelita. Wiemy, jak smakuje żywy robak z dżungli i świeżo złowiona małża, zjedzona na surowo. Razem z Wojtkiem [mężem – przyp. red.] wypiliśmy owocowy koktail z piwem i 2 żabami. Spróbowaliśmy setek dań, poznając nowe smaki i zapachy. W restauracji w Chinach żywe krewetki skakały na szwedzkim bufecie, a ludzie wkładali je na talerze i grillowali na swoich stołach. W Wietnamie człowiek rozkroił żywego węża, wyjął bijące serce i powiedział, że zjedzenie go przynosi szczęście i zdrowie. 


Zabawa z lwem


Widzieliśmy rodzinę strusi, hien i wielorybów. Nasze dzieci bawiły się z 3-miesięcznym lwem w domu naszych gospodarzy w Cancun. W Andach biegały za lamami, alpakami i wikuniami. W Meksyku nurkowały z rekinami, manatami i żółwicami. Jedną z nich nawet uratowaliśmy, gdy po złożeniu jaj zaklinowała się na plaży! Widzieliśmy foki, żyrafy, hipopotamy, orły, sępy, zebry, kondory, skunksy, pingwiny i lwy morskie. W Afryce przejeżdżaliśmy obok milionów zwierząt, które rozpoczynały właśnie Wielką Migrację. Podczas 3 dniowego pobytu w największym rezerwacie świata w Tanzanii spotkaliśmy wielką piątkę afrykańskich zwierząt: słonia, lwa, lamparta, nosorożca i bawołu. W dzień moich 44 urodzin w drodze na granicę Botswany z Namibią minęliśmy lwicę, wyraźnie zdziwioną… naszym zdziwieniem.


Szczyty i kryzysy


W Peru tata Wojtek, pokonując chorobę wysokościową zdobył swój pierwszy w życiu 6-tysięcznik i zaraz potem z małym Wojtkiem, kolejny w Boliwii. Teraz rekord rodziny Łopacińskich wynosi 6088 metrów nad poziomem morza. W Afryce dwa Wojtki, po 5-dniowej wspinaczce, rozpłakały się na szczycie Kilimandżaro, najwyższej góry Czarnego Kontynentu.
Podczas podróży nikt nas nie zaczepiał i nie zaatakował, choć nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Raz byliśmy w szpitalu z małym Wojtkiem, który podczas nauki surfowania w Nikaragui, zdarł sobie na kamieniach połowę skóry z palca u nogi. Duży Wojtek miał założone w Gwatemali 3 szwy, po upadku na lawę wulkanu Pacaya, a do Luśki przyjechało raz pogotowie, gdy spadła z huśtawki w Argentynie. Obie miałyśmy przygody z czyrakami, pluskwami i wszami, które tak nas polubiły, że wracały kilka razy podczas podróży.
Każdy przeżył swoje własne kryzysy. Luśka kilkanaście razy płakała za babciami i ze dwa za koleżankami. Tata kilkadziesiąt razy przeklinał niesforność dzieci i kilkaset razy wołał je do nauki, a mama przed każdą nocą w namiocie informowała wszystkich, że to będzie jej ostatnia.


Taniec na cmentarzu



W Valparaiso, najpiękniejszej (według taty) miejscowości tej podróży, w nocy karmiliśmy bezdomnych. W Puno 1 listopada tańczyliśmy na cmentarzu z peruwiańską rodziną, a w La Paz uczestniczyliśmy w święcie czaszki, podczas którego ludzie wynoszą z domów szczątki swoich bliskich. W Panamie przeżyliśmy atak termitów, które obsiadły nasze plecaki, a w Nasca dotykaliśmy mumii na pustyni i lataliśmy nad tajemniczymi liniami płaskowyżu. Zjechaliśmy rowerem Carretera de la muerte – najniebezpieczniejszą drogą świata. W Nikaragui mieliśmy lekcje surfowania, a w Hondurasie każdej nocy słyszeliśmy strzały i pojechaliśmy do San Pedro Sula, najniebezpieczniejszego miasta świata. W Afryce przyglądaliśmy się lwom pożerającym świeżo upolowaną antylopę i odwiedziliśmy wioskę Masajów. 


Co nas zasmuciło? 



Widok bezdomnych w każdym odwiedzanym kraju i dzieci pracujących na ulicach albo żyjących w salezjańskich oratoriach bez rodziców. Poruszyła nas historia chłopca, który od 2 lat nie widział rodziców mieszkających 50 kilometrów od ośrodka. 
Wiele smutku przeżyliśmy patrząc w oczy Kubańczyków, w których nie było najmniejszego ziarna nadziei. Pomimo niebezpieczeństwa i kategorycznej odmowy polskiej ambasady spotkaliśmy się z „Kobietami w bieli”, organizacją, której członkinie, często poświęcając życie, walczą o wolną Kubę


Co nas zaskoczyło?


Bezpieczeństwo Ameryki Południowej. Przez 200 dni podróżowaliśmy najtańszymi środkami transportu: autobusami, rikszami. Z daleka omijaliśmy drogich przewoźników, co doprowadzało niemal do zawału panią Marię Kralewską, opiekującą się nami w Ameryce. Nawet w Peru i Boliwii kupowaliśmy bilety na najtańsze autobusy, mimo że podobno raz w tygodniu jeden z nich wpada w przepaść. Nasze nie wpadały. Za każdym razem dojeżdżaliśmy do celu.


Co nas denerwowało i dziwiło?


Hmm… wymuszanie przejazdu na ulicach w Indiach i plucie w bangladeskiej stolicy. Denerwujące było bekanie i kichanie w Chinach albo jedzenie rękami w Afryce. Dziwiło głaskanie butów na powitanie w Bangladeszu i gotowanie herbaty na ogniu w masajskim domu bez komina. Długie paznokcie na jednym palcu u azjatyckich mężczyzn i wiadra z wodą, zamiast papieru toaletowego w łazienkach. Śmieszyły maski na twarzach i parasole chroniące Chińczyków przed opalaniem i ich kult białego ciała. 
Podróżując, można zobaczyć odmienność życia w porównaniu z europejskimi warunkami. Staraliśmy się przyjmować świat takim, jaki jest. Jeśli myśleliśmy o zmianach, to raczej nas samych, a nie o naprawianiu innych. Były sytuacje, z którymi zupełnie nie zgadzaliśmy się, ale nie nam, podróżnikom z kilkudniowym przejazdem, oceniać ludzi żyjących tak od setek lat. Nie wiemy i pewnie nigdy nie zrozumiemy, dlaczego tak się zachowują. Obserwowaliśmy ich albo akceptując, albo kategorycznego odrzucając w sercu różne sytuacje


Otwarte domy i serca


Na każdym kroku odczuwaliśmy ludzką sympatię. W chilijskim Coyhaique, gdy na ulicy zapytaliśmy o miejsce na namiot, nieznajomi zabrali nas do domu, a w Bogocie znaleźliśmy nocleg w… autobusie. W Argentynie, gdy poprosiliśmy o zgodę na rozbicie namiotu przed ogrodem, zjedliśmy najlepszą na świecie baraninę u Vaniny i Roberta, którzy ubili dla nas jedną ze swoich 8 tysięcy owiec. Teraz mamy znajomych, przyjaciół, kontakty i zaproszenia do powrotu w każdym odwiedzonym państwie. Gdybyśmy chcieli wrócić tą samą drogą, to pewnie potrzebowalibyśmy dwa razy więcej czasu…


Razem przez 365 dni


Byliśmy ze sobą przez rok. Razem przeżyliśmy te przygody. To z nami dzieci pierwszy raz w życiu zobaczyły wulkan, wieloryba, lodowiec, lwa morskiego i pustynię. Zobaczyły też, że jeśli jest się otwartym na drugiego człowieka i ma się odwagę obcą osobę poprosić o pomoc, można wiele uzyskać. Teraz mają do spłacenia wielki dług.
Czy coś zrozumiały? Nie wiem. Nie wszystko muszą od razu pojąć. Mają swój czas. Są jeszcze dziećmi. Na pewno, gdzieś w ich głowach, uczuciach i charakterach te przygody zostaną. Myślę, że ta podróż je zmieniła. Poznając bogactwo, biedę, trud i przyjemność, ludzi ciekawych i tych, którzy beznadziejnie tracili swoje życie przed telewizorami, same zdecydują, jak będą chciały żyć, gdy dorosną. My, jako rodzice, pokazaliśmy im w tej podróży przykłady różnych sposobów na wykorzystanie swojego czasu tu na ziemi.


Po wyprawie


Zaczynamy nowe życie. Jakie będzie? Jak odnajdziemy się w Polsce? Nie ma czasu na zbyt długie rozmyślanie. Dalej będziemy wychowywać dwójkę naszych dzieci. Dzieci, które zobaczyły cały świat…
PS Junior sam zapisał się na chiński. Jesteśmy dumni…..
Wszystkie przygody z rodzinnej, rocznej wyprawy dookoła świata Łopacińscy opisali na blogu lopacinskichswiat.pl

Tagi: