Zobacz, mam nowe mieszkanie

Gabriela Szulik

|

MGN 12/2003

publikacja 12.04.2012 01:49

Jedli kolację, kiedy pod dom podjechali uzbrojeni bandyci. Kazali klerykom położyć się na podłogę, twarzą do ziemi. Deptali po nich. Robert dostał pierwszą kulę w brzuch. Drugą – w płuco. Była śmiertelna.

Robert Gucwa kleryk, lat 25 Robert Gucwa kleryk, lat 25
ZAMORDOWANY NA MISJACH 15 listopada 1994 r. Bimbo k. Bangui, Republika Środkowej Afryki

Robert Gucwa
kleryk, lat 25.

ZAMORDOWANY NA MISJACH
15 listopada 1994 r. Bimbo k. Bangui, Republika Środkowej Afryki

Zakochany
Duży, piętrowy, zadbany dom na przedmieściach Tarnowa. – Miał być dla Roberta – uśmiecha się spokojnie mama i prowadzi do pokoju gościnnego. Na stole przygotowane albumy ze zdjęciami, mnóstwo wycinków z gazet, wspomnienia kolegów. Pełno tu śladów młodego misjonarza. Naprzeciw okna wielki portret uśmiechniętego Roberta – zrobiony ze skrzydeł motyli. – Przywieźli go z Afryki po jego śmierci – mówi mama. Obok siebie na ścianie dwie fotografie. Na jednej przystojny młody misjonarz z afrykańskimi dziećmi. – To Robert – wyjaśnia mama. Na drugim zdjęciu młoda zakonnica. – To Marta, koleżanka Roberta. Myśleliśmy, że bę- dą razem – opowiada. – Tacy byli piękni, kiedy śpiewali w kościele, kiedy chodzili na pielgrzymki. A oni bardziej niż w sobie, zakochali się w Bogu. Robert marzył, by być misjonarzem w Afryce, a Marta została Misjonarką Miłości i jak Matka Teresa z Kalkuty, pracuje wśród najbiedniejszych.

Na jawie i we śnie
Robert nie mówił o swoich planach. Raz tylko, przy śniadaniu – rodzice dobrze to pamiętają – po maturze, zapytał spokojnie: „Mamuś, a czy ze mnie byłby dobry ksiądz?”. Czekał już wtedy na odpowiedź od misjonarzy Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Był szczęśliwy, gdy dowiedział się, że na niego czekają, że może studiować i przygotowywać się do wyjazdu. – Może poszedłbyś jednak do naszego seminarium? – próbowała namawiać mama. – Tam, w Afryce, czekają… – za każdym razem odpowiadał Robert. – Kiedy pierwszy raz przyjechał na urlop – wspominają rodzice – czuliśmy, że jego serce jest tam. Wieczorem 15 listopada 1994 roku oko- ło godziny dwudziestej tata Roberta modlił się na różańcu. – Co by było, gdyby Roberta spotkało jakieś nieszczęście – pomyślał nagle. Nie wiedział, skąd taka myśl. W nocy tego samego dnia mama miała sen. – Przyszedł do mnie Robert – opowiada – taki radosny, zadowolony. Wziął mnie za rękę, o tak – pokazuje – i powiedział: „Chodź, mamo, chodź, zobacz, jakie mam ładne, nowe mieszkanie”. Rano rodzice dowiedzieli się, co to miało znaczyć.

Nowe mieszkanie
Tej nocy, kiedy mama śniła o Robercie, nie wiedziała, że był on już w nowym mieszkaniu przygotowanym przez samego Boga. Wieczorem, 15 listopada 1994 roku, około godz. 19.15 klerycy misji w Bimbo jedli kolację w jadalni, a przełożeni w drugiej części budynku. W pewnej chwili jeden z nich wyszedł do kuchni. Zauważył, że do budynku zbliża się kilka uzbrojonych osób. Weszli do środka. Mieli pistolety i noże. Pytali o pieniądze i przełożonego. Nie rozumieli, kiedy Robert tłumaczył, że przełożeni są z drugiej strony domu. – Ja jestem przełożonym – powiedział w końcu – mogę was zaprowadzić do mojego pokoju. Uwierzyli. Klerykom kazali położyć się na podłodze, deptali po nich, straszyli, a Roberta wyprowadzili. – To był ostatni moment, kiedy widzieliśmy go żywego – wspominali koledzy. Domyślają się tylko, że Robertowi uda- ło się uciec, bo zawiadomił o napadzie misjonarzy mieszkających 100 metrów dalej. Ci włączyli syrenę alarmową. Zbiegli się ludzie. – Gdy Robert wracał – opowiadali potem – natknął się na jednego z napastników. Zaczęli się szamotać. Wtedy padł strzał. Robert dostał kulę w brzuch. Jeszcze uciekał, ale po kilku metrach upadł. Po chwili wstał. Padł kolejny strzał. Tym razem śmiertelny. Kula przeszła przez płuco. Zginął wśród tych, których kochał. Tam, gdzie było jego serce. – Ludziom było wstyd – opowiadali koledzy Roberta – że sługa Boży, który przyjechał z obcego kraju głosić Dobrą Nowinę, został zabity. Po tym wydarzeniu misjonarze i tubylcy jeszcze bardziej są razem. – Byliśmy przyjaciółmi – mówią tubylcy – teraz jesteśmy braćmi. Gabriela Szulik