Z milionami czy bez - dżem smakuje tak samo

ks. Marek Gancarczyk

|

MGN 06/2003

publikacja 09.04.2012 18:39

Rozmowa z Romanem Kluską, prawdziwym milionerem, który lubi rozdawać zarobione pieniądze

Roman Kluska Roman Kluska
fot. WOJCIECH OLKUŚNIK / AGENCJA GAZETA

- Jaki jest Pana największy talent?
- Myślę, że umiem szukać tego, co łączy, co buduje. Potrafię usiąść na dwóch stołkach swoim oraz partnera i szukać dwóch zwycięzców. A ja myślałem, że Pana największym talentem jest zarabianie pieniędzy. Przecież w ciągu kilku lat został Pan najprawdziwszym milionerem, a zaczynał z kilkoma dolarami w kieszeni. Nigdy nie starałem się dużo zarobić. Pieniądze pojawiły się przy okazji. Ja chciałem czegoś innego: żeby Polska robiła najlepsze komputery w Europie, żeby Polska robiła najlepsze kasy fiskalne na świecie, żeby stworzyć najlepszy portal internetowy. I to mi się udało.

- Skąd to pragnienie bycia najlepszym?
Wynikało to z urażonej ambicji. Jako student popłynąłem jachtem za granicę. W kieszeni czasem nie miałem nawet jednego dolara, żeby kupić sobie wodę mineralną. W porcie mogłem tylko zejść polska gospodarka dorównała innym, a wtedy Polak będzie oczekiwanym gościem wszędzie.

= I udało się Panu?
Tam, gdzie mogłem, starałem się być dobry. Kiedyś zostałem zaproszony na rejs z Francuzami i innymi obcokrajowcami. Na jednej z wysepek w Zatoce Biskajskiej Francuzi wypożyczyli rowery i urządzili wyścig dookoła wyspy. Co mogłem zrobić? Mogłem wygrać. Startowało chyba 30 kolarzy. Wygrałem. Ktoś wtedy powiedział: „Z takim Polakiem nie wstyd przegrać”.

- Czy chęć bycia najlepszym wystarczy, żeby zostać milionerem?
- Są dwa rodzaje milionerów. Tacy, którzy osiągnęli to własną pracą oraz tacy, którzy nie wiadomo skąd mają te miliony. Ja chciałbym powiedzieć tylko o tych pierwszych milionerach. Jest kilka warunków, by zostać milionerem. Po pierwsze, ogromna praca, a wcześniej nauka w szkole. Już wtedy trzeba chcieć być dobrym. Po drugie, umiejętność siadania na dwóch stołkach żeby zawsze było dwóch zadowolonych, a nie tylko ja sam. I wreszcie nie jest to możliwe bez opieki Anioła Stróża. Kilka lat temu jedna gazeta żartobliwie napisała, że Kluska ma dobrego Anioła Stróża. Dla mnie to nie jest żart. Bez oddania się woli Bożej trudno jest przejść przez życie.

- Czy to znaczy, że leniwy nie może zostać milionerem?
- Nie wyobrażam sobie tego, chyba że ktoś wygra w toto lotka. Przez pierwsze pięć lat od powstania firmy „Optimus” nie miałem ani jednego dnia urlopu. Na nartach jeździłem wieczorem na oświetlonym stoku, bo stanie w kolejce do wyciągu za dnia było dla mnie stratą czasu.

- Podobno zaczynał Pan budować firmę „Optimus” z dwunastoma dolarami w kieszeni?
- Ja nawet tych dwunastu dolarów nie miałem. Chociaż zaczynaliśmy bardzo skromnie, od początku chcieliśmy być najlepsi. Moja żona wymyśliła nawet odpowiednią nazwę dla firmy: „Optimus”. To łacińskie słowo znaczy „najlepszy”. Firma przez długie lata mieściła się na strychu naszego domu.

- Teraz jest Pan bardzo bogatym człowiekiem. Do końca życia mógłby Pan nie pracować, podróżować po świecie. Pan jednak zamiast odpoczywać, zabrał się za pomaganie innym. Dlaczego?
- Praca, która prowadzi do zwycięstwa rynkowego daje przyjemność i satysfakcję, ale pomaganie jest o wiele przyjemniejsze. Pomagam, bo to daje radość i jeszcze bardziej mnie pociąga. W dawaniu jest naprawdę więcej szczęścia niż w braniu, ale trzeba się o tym samemu przekonać.

- Ile pieniędzy Pan już rozdał?
- Ponad 40 milionów złotych. Ale tu konieczne jest pewne sprostowanie. Ja wcale nie pomagam pojedynczym osobom i proszę, aby się w tej sprawie do mnie nie zwracać. Wykonuję wyłącznie duże projekty budowlane i nie jestem w stanie zrealizować już nic więcej ponad to, co jest zaplanowane. Wszystkie moje przedsięwzięcia są zaplanowane do 2010 roku.

Jakie to są przedsięwzięcia?
Teraz na przykład pomagam finansować ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych w Piszu. Na budowę bazyliki Bożego Miłosierdzia w Krakowie Łagiewnikach ofiarowałem ponad 16 milionów złotych.

- Czy to znaczy, że ma Pan szczególne nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia?
- W 1997 roku miałem wypadek na nartach, po którym przez trzy tygodnie musiałem leżeć w łóżku. Z nudów przeczytałem książeczkę o Bożym Miłosierdziu. Potem przyszła kolej na „Dzienniczek” siostry Faustyny. Przeczytałem cały: codziennie około jednej strony. Dla nas, Polaków, to wielkie wyróżnienie, że „Dzienniczek” został napisany po polsku, w naszym ojczystym języku. Od tamtego czasu nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia ciągle mi towarzyszy.

- Czy to znaczy, że wielcy biznesmeni też się modlą?
- Oczywiście! Wśród ludzi wielkiego biznesu jest wielu o głębokiej wierze. Może tego nie widać, ale tak jest. Ja codziennie dziękuję Bogu za to, że zostałem niesłusznie oskarżony o oszustwo. To mnie nauczyło pokory. Miałem okazję przebaczyć moim oskarżycielom. Łatwo mówić o miłosierdziu, jeżeli nie trzeba tego miłosierdzia okazywać innym.

- Co Pan zrobi, kiedy wyda wszystkie pieniądze?
- Według moich planów tak rzeczywiście się stanie za siedem lat. W tym czasie wydam na pomoc wszystkie swoje pieniądze.

- I co potem?
- Będę normalnie żył. Ja się nie przyzwyczaiłem do tego, że jestem milionerem. Od trzech lat nie byłem z żoną na żadnej zagranicznej wycieczce. Jestem tak samo szczęśliwy teraz, mając na koncie miliony dolarów, jak wtedy, gdy w miesiącu stać mnie było na jeden bak paliwa do syrenki i dwanaście słoików dżemu. Zwykle kupowałem wiśniowy, bo najbardziej mi smakował. A może wtedy byłem bardziej szczęśliwy? Chodziłem z żoną na spacery, a to nic nie kosztuje. Trzeba cieszyć się tym, co się ma.

ROMAN KLUSKA
Chociaż może być nazwany królem polskich komputerów, sam nie posługuje się komputerem. Stworzył od podstaw firmę „Optimus”. Komputery, kasy fiskalne i portal internetowy onet. pl ze znakiem „Optimusa” znają prawie wszyscy. Kasy fiskalne „Optimusa” są lepsze od japońskich. Kilka lat temu sprzedał firmę i zajął się działalnością charytatywną. Został fałszywie oskarżony o oszustwa podatkowe.