To było 13 maja 1917 roku w Fatimie.

Gabriela Szulik

|

MGN 03/2003

publikacja 06.04.2012 20:13

– Czy chcecie ofiarować się Panu Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośba za nawrócenie grzeszników? – Tak, chcemy. – Będziecie więc musieli wiele cierpieć, ale łaska Boża będzie waszą siłą.

To było 13 maja 1917 roku w Fatimie.   Franciszek To było 13 maja 1917 roku w Fatimie. Pierwsze spotkanie z Matką Bożą. Od tego dnia życie Franciszka, Hiacynty i Łucji zmieniło się całkowicie. Dzieci bardzo pragnęły dotrzymać słowa danego Maryi. Ciągle szukały nowych sposobów, by ponosić ofiary za grzeszników. Pierwszą ofiarą był post. Jedzeniem, które przygotowywała im mama na cały dzień, dzieci postanowiły karmić owce. Potem zadecydowały, że będą oddawać kanapki biedniejszym od siebie. Biedacy tak się do tego przyzwyczaili, że każdego ranka czekali już na nich. Nie znaczy to wcale, że Franciszek, Hiacynta i Łucja nie byli głodni. Kiedy głód bardzo im doskwierał, dzieci jadły to, co znalazły. Żołędzie, orzeszki pinii, morwy, grzyby, małe cebulki ukryte w korzonkach kwiatów lub owoce, ale tylko z pól rodziców. Czasem przez cały dzień niczego nie piły. A latem, gdy słońce prażyło bezlitośnie, była to prawdziwa tortura. Nikt nie wiedział o ich pomysłach. Nawet rodzice. - Kiedyś, gdy szliśmy z naszymi owcami, znalazłam na drodze kawałek sznura od wozu - opowiada Łucja. - Podniosłam go i dla żartu owinęłam się nim.

Zauważyłam, że sznur sprawia mi dotkliwy ból. - Słuchajcie, to boli - powiedziałam moim kuzynom, Franciszkowi i Hiacyncie. - Moglibyśmy się nim wiązać - wpadło nam od razu do głowy - i nosić na sobie pod ubraniem z miłości do Jezusa. Przecięliśmy go na trzy części i owiązaliśmy wokół bioder. Hiacynta często nie mogła powstrzymać łez. Tak bardzo bolało ją miejsce, gdzie nosiła sznur. Gdy prosiłam, żeby go zdjęła, odpowiadała, że nie chce. Hiacynta bardzo poważnie potraktowała prośbę Matki Bożej. Ze wszystkich sił chciała pomóc grzesznikom. Ciągle szukała okazji do pokuty. Bardzo lubiła tańczyć, ale po spotkaniu z Maryją postanowiła zrezygnować z tej zabawy. - Kiedyś zbierała żołędzie dębowe i oliwki - wspomina Łucja. - Prosiłam ją, by ich nie jadła, bo to bardzo gorzkie. - Jem właśnie dlatego, że gorzkie - odparła Hiacynta. Mama Hiacynty wiedziała, że córka nie lubi mleka. Pewnego dnia przyniosła jej filiżankę mleka i ulubione winogrona. - Jeżeli nie możesz wypić mleka - powiedziała - to zostaw. Zjedz przynajmniej winogrona. - Nie chcę winogron, możesz je zabrać.

Napiję się mleka. Pani Marto była zdziwiona, ale cieszyła się. - Może Hiacynta już polubiła mleko? - myślała. Wiele cierpień zadali dzieciom dorośli. Z powodu spotkań z Matką Bożą Łucja, Franciszek i Hiacynta ciągle musieli odpowiadać na pytania dorosłych, którzy nie wierzyli w to, co przez sześć miesięcy działo się w dolinie Cova da Iria. - Pewnego dnia przyszło trzech panów rozmawiać z nami - wspomina Łucja. - Po bardzo nieprzyjemnym przesłuchaniu, żegnając się, powiedzieli: „Naradście się, w jaki sposób wyjawicie tę tajemnicę. Jeżeli nie, starosta was zlikwiduje”. - Jak to dobrze - powiedziała Hiacynta. - Ja tak kocham Pana Jezusa i Matkę Boską. Jeżeli nas zabiją, nie szkodzi, pójdziemy do nieba i wtedy szybciej Ich ujrzymy. Zaczęto dzieciom grozić, aż w końcu burmistrz postanowił zamknąć je w więzieniu. Chciał je zmusić do wyznania, że spotkania z Matką Bożą są wymyślone, że to czysta fantazja. Straszono je, że zostaną wrzucone do gorącego oleju. Hiacynta zaczęła płakać. Nie ze strachu, ale dlatego, że nie zdążyła pożegnać się z mamą. Franciszek spokojnie czekał na śmierć. Przecież Pani obiecała mu raj. Gdy więśniowie zaczęli namawiać dzieci, by zdradziły swą tajemnicę burmistrzowi, najbardziej oburzyła się najmłodsza Hiacynta: „Co to, to nie. Wolę raczej umrzeć”.

Podczas drugiego spotkania Maryja powiedziała dzieciom: „Łucja pozostanie dłużej na ziemi, ale Franciszka i Hiacyntę wkrótce zabiorę do nieba”. Dzieci nie przeraziły się tą wiadomością. Zresztą podczas pierwszego spotkania kiedy Maryja wyjaśniła, że przychodzi z nieba obiecała, że też je tam zabierze. Na spełnienie obietnicy nie trzeba było długo czekać. Franciszek i Hiacynta zachorowali prawie równocześnie. W okolicy panowała hiszpańska grypa. W domu rodziny Marto tylko tata pozostał zdrowy. Na Franku choroba nie zrobiła wrażenia. Był spokojny, coraz bardziej milczący i niezwykle cierpliwy. Nie grymasił przy jedzeniu. Nigdy nie dał poznać, że czegoś nie lubi. Wiedział, że spełnia się obietnica Maryi. Bardzo cierpię powiedział kiedyś Łucji ale to nie szkodzi. Cierpię, by pocieszać naszego Pana. Już niedługo pójdę do nieba. Gdy tylko czuł się lepiej i była dobra pogoda, powoli szedł do doliny Cova da Iria, by tam, pod dębem, gdzie spotkali Maryję, odmawiać różaniec.

To było 13 maja 1917 roku w Fatimie.   Hiacynta i Łucja Pamiętał słowa pięknej Pani: „Franciszek też pójdzie do nieba, lecz najpierw musi odmówić wiele różańców”. Czasem był tak słaby i tak bardzo bolała go głowa, że nawet nie mógł się modlić. Jeżeli nie możesz wymawiać słów, odmawiaj różaniec w myśli. Madonna patrzy w serce i tak samo będzie zadowolona pocieszała go mama. Gdy podczas choroby odwiedziła go Łucja, w tajemnicy przed rodzicami oddał jej powróz pokutny. Od półtorej roku był nim opasany. Widziałam na nim ślady krwi opowiadała Łucja. Zabierz go powiedział Franek żeby mama nie zobaczyła. Potem z jego zdrowiem było już tylko gorzej. Nie mógł wychodzić z łóżka. Najbardziej bał się jednego, że przed śmiercią nie zdąży przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Chłopiec chciał przynajmniej się wyspowiadać.

Któregoś dnia wczesnym rankiem Franek kazał zawołać Łucję. Przypomnij mi wszystkie grzechy, jakie popełniłem prosił chciałbym się wyspowiadać. Łucja zaczęła wyliczać: „Nie zawsze byłeś posłuszny mamie. Raz ukradłeś ojcu 10 groszy, bo chciałeś sobie kupić harmonijkę. Kiedyś obrzuciłeś kamieniami chłopców z sąsiedniej wsi”. Franek podziękował kuzynce i powiedział: „Może to z powodu tych grzechów Pan Jezus jest taki smutny. Gdybym miał dalej żyć, nie popełniłbym już żadnego grzechu. Teraz bardzo za nie żałuję”. To był wyjątkowy dzień. Spełniło się marzenie Franka. Nie tylko się wyspowiadał, ale też przyjął Pana Jezusa. Tego dnia miał wysoką gorączkę, a mimo to postanowił nie jeść niczego przedtem. Była to jego pierwsza i ostatnia Komunia. Następnego dnia Franek spotkał Jezusa w niebie.

Niedługo po śmierci brata u Hiacynty pojawiły się powikłania po przebytej grypie. Zapalenie płuc, potem zapalenie oskrzeli. - Czuję tak wielki ból w piersiach - skarżyła się czasem Łucji. Hiacynta nie mówiła o tym w domu. Nie mogła znieść łez mamy, która czuła, że zbliża się śmierć jej drugiego dziecka. - Mamo, nie płacz - pocieszała - nic mi nie jest. A choroba postępowała. Pewnego dnia Łucja, gdy zobaczyła ją zmienioną na twarzy, zapytała jak się czuje. - To dlatego, że nie spałam - odpowiedziała dziewczynka. - Tej nocy bardzo mnie bolało. Chciałam to ofiarować Panu Jezusowi i postanowiłam nie przewracać się w łóżku. Hiacynta chorowała prawie dwa lata. Łucja codziennie odwiedzała chorą kuzynk ę. Pewnego dnia Hiacynta powiedziała, że przyszła do niej Madonna. - Powiedziała mi, że pojadę do Lizbony, do szpitala - opowiadała. - Już nie zobaczę ani ciebie, ani moich rodziców. Będę jeszcze dużo cierpiała i umrę samotnie. Ale mam się nie bać - Ona przyjdzie, aby zabrać mnie do nieba. Kilka miesięcy póśniej do Fatimy przyjechał lekarz z Lizbony.

Chciał poznać dzieci. Kiedy zobaczył, w jakim stanie jest Hiacynta, namówił rodziców, by zgodzili się oddać dziecko do szpitala w stolicy. - Operacja to jedyna szansa dla córki - przekonywał. Dziewczynka wiedziała, że zaczyna się spełniać obietnica Maryi. Bardzo chciała jeszcze raz zobaczyć Cova da Iria. Mama pożyczyła osiołka, by zawieść córkę na miejsce objawień. Hiacynta żegnała się z zielonymi dolinami i lasami, z grotami i pagórkami, gdzie przeżyła największą przygodę swego życia - spotkanie z Maryją. Przed wyjazdem pożegnała się z Łucją. Podobnie jak wcześniej Franciszek, Hiacynta wręczyła Łucji swój sznur pokutny. Nie chciała, żeby ktokolwiek się o nim dowiedział. Bezradna Łucja początkowo nie wiedziała, co ma z nim zrobić. Dopiero po jakimś czasie spaliła obydwa. W Lizbonie przeprowadzono operację i usunięto jej dwa żebra.

Hiacyntę znieczulono tylko miejscowo, ponieważ mała pacjentka była zbyt osłabiona. Stan zdrowia jednak wcale się nie poprawił. Co gorsza, po zabiegu została wielka rana. Kiedy pielęgniarki czyściły ranę i zmieniały opatrunek, sprawiały Hiacyncie ból nie do zniesienia. - Maryjo, pomóż mi! - prosiła wtedy cicho. 20 lutego Hiacynta poczuła się bardzo śle. Wiedziała, że wkrótce umrze. Poproszono księdza. Dziewczynka wyspowiadała się i poprosiła o Komuni ę Świętą. Ksiądz przyrzekł, że z Panem Jezusem przyjdzie następnego dnia rano. Nie doczekała. Wieczorem, w całkowitym osamotnieniu, z dala od rodziców i ukochanej Łucji, dziesięcioletnia Hiacynta odeszła do nieba. Nikt nawet nie wiedział, kiedy umarła.