No jak? Będziemy się ścigać?

Gabriela Szulik

|

MGN 02/2003

publikacja 06.04.2012 16:27

Rozpowiadano w Rzymie, że Filip leczy reumatyzm. Wystarczy go dotknąć, a dolegliwość ustąpi.

No jak? Będziemy się ścigać? Pippo Buono

Gdy zachorował papież Klemens VIII, sprowadzono Filipa do Watykanu. Całymi godzinami siedział przy łóżku i trzymał w swoich rękach dłoń papieża. Bez skutku. W końcu wpakował się papieżowi do łóżka i zaczął się modlić. Kardynałowie byli przerażeni, a papież wyzdrowiał.

Cudowna woda
Żył w szesnastym wieku, ale nie bardzo pasował do swoich czasów. Zachowywał się inaczej niż wszyscy. Jego humor, prostota, szczera radość życia i zabawy z dziećmi w rzymskich fontannach odbierane były jako dziwactwo. Uważano go za dowcipnisia, który za wszelką cenę chce zwrócić uwagę otoczenia. A Filip był po prostu serdeczny dla wszystkich i szanował każdego człowieka. Najbliżsi nazywali go Pippo Buono, czyli Dobrym Filipkiem. Wszystko potrafił obrócić w żart. Nawet to, w czym inni nie widzieli nic wesołego. Kiedyś przyszła do niego kobieta. Skarżyła się, że mąż źle ją traktuje i w domu trwają nieustanne kłótnie. – Proszę wziąć tę butelkę z wodą – poradził jej Filip – i kiedy mąż zacznie krzyczeć, niech pani weźmie łyk wody i nie połyka jej. Zobaczy Pani, na pewno pomoże. Po kilku dniach kobieta znów przyszła. – Ta woda jest cudowna – wołała już od progu. – Kiedy mąż zaczynał krzyczeć, ja brałam wodę w usta i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, on przestawał krzyczeć. Ojciec sobie wyobraża?

Bez pomysłu
Gdy Filip miał osiemnaście lat, na zawsze opuścił rodzinną Florencję. Zatrzymał się w San Germano, małym miasteczku, niedaleko Monte Casino. Bezdzietny wuj chciał nauczyć Filipa zawodu kupca. Planował, że ten kiedyś przejmie jego majątek. Filip dość szybko jednak zauważył, że to nie dla niego. Kiedy tylko miał okazję, odwiedzał okoliczne kościoły i samotne kaplice. Często modlił się w pobliskim klasztorze benedyktynów na Monte Cassino. Nie miał ciągle pomysłu na swoje życie. Wiedział tylko, że chce służyć Bogu i ludziom, ale nie jako ksiądz. Ostatecznie zrezygnował z kariery kupca, zrzekł się majątku i wyruszył w stronę Rzymu. Zaczął tam studiować. Wciąż jednak nie wiedział, co powinien w życiu robić. Bardzo lubił przychodzić do katakumb św. Sebastiana. W podziemiach, gdzie spoczywali pierwsi chrześcijanie, w ciszy, daleko od zgiełku miasta Filip modlił się. Najbardziej prosił Ducha Świętego o Jego dary, szczególnie o miłość. Ktoś policzył, że w sumie spędził w katakumbach dziesięć lat. Któregoś dnia podczas modlitwy stało się coś niezwykłego.

Wielkie serce
Filip poczuł nagle w sobie wielki ogień. Serce zaczęło mu bić tak gwałtownie, że można to było zobaczyć na zewnątrz. Wiele lat później opowiadał, że widział wchodzącą w jego usta ognistą kulę. Potem czuł, że rozszerza się jego klatka piersiowa nad sercem, a wewnętrzny ogień palił go tak, że rzucił się na ziemię i wołał: „Dosyć Panie, dosyć. Nie mogę znieść więcej”. Jego modlitwa o miłość została wysłuchana. Razem z miłością ogarnęła Filipa niepohamowana radość. Gdy po wielu latach lekarze badali Filipa, stwierdzili w okolicy serca dziwną narośl. – To mam już od młodości – uspokoił ich Filip. Dopiero po jego śmierci, gdy przeprowadzono sekcję zauważono coś przedziwnego. Najkrótsze żebra w pobliżu serca były złamane. To utworzyło przestrzeń, którą wypełniało powiększające się czasem serce Filipa. Dzięki temu serce nie było za każdym razem ranione.

Łokciami o ołtarz
Filip nie zawsze potrafił ukryć to, co otrzymał od Boga. Zdarzało się, że drżał tak mocno, że razem z nim drżało krzesło, na którym siedział, albo klęcznik, na którym klęczał. Podczas Mszy św. musiał bardzo uważać, by drżącymi rękami nie rozlać wina albo nie przewrócić kielicha. Dlatego opierał się łokciami o ołtarz. Jego lekarz stwierdził, że mocne i wyraźne bicie serca pojawiało się zawsze wtedy, kiedy Filip zaczynał myśleć o Bogu. Myśląc na przykład o niebieskich migdałach, wszystko ustępowało. Pewnego rana podczas Mszy świętej, kiedy Filip poczuł, że znów zaczyna drżeć, pochylił się i próbował się zwinąć tak, żeby wierni tego nie zauważyli. Po Mszy Świętej podeszła do niego pewna dama i przyznała ze wstydem: – Pomyślałam, że ojciec jest opętany przez złego ducha. Filip wybuchnął śmiechem. – To prawda, prawda – powiedział – jestem naprawdę opętany. Bardzo uważał, żeby inni nie poznali tego, co przeżywa. Zdarzało się, że przed Mszą Świętą brał na ręce kota albo inne zwierzątko i przytulał je, by odwrócić myśli od tego, co będzie przeżywał przy ołtarzu.

Ogień w sercu
Od tamtego wydarzenia w katakumbach oprócz drżenia, Filip odczuwał wewnętrzyny żar, gorączkę rozgrzewającą jego ciało. Sprawiało mu to czasem wiele kłopotów. Zimą chodził w rozpiętej sutannie, a okna jego pokoju zawsze były otwarte. – Nie jest ci zimno? – pytano czasem. Filip nie odpowiadał. Brał tylko rękę pytającego i kładł na swej piersi. – Masz tak wiele ciepła – słyszał często – że nie mogę utrzymać tam mojej ręki. Opowiadali o tym ludzie, którzy się u niego spowiadali, których obejmował i przyciskał do serca. Jako student Filip odwiedzał szpitale, pomagał chorym i starym ludziom. Kiedy zauważył, że dość szybko nabierają do niego zaufania, próbował leczyć także ich okaleczone, a nawet martwe dusze. Nawet nie spodziewał się, że to potrafi. Czuł się coraz bardziej potrzebny. Przerwał nawet studia, by cały czas poświęcić chorym. Chciał im opowiadać o miłości Boga. Miał 36 lat, gdy został księdzem. Nakłonił go do tego spowiednik. Rzymianie szybko przekonali się, że pobożny i skromny ksiądz Filip świetnie spowiada i prosto mówi o Panu Bogu.

Gwóźdź w kapeluszu
Po śmierci Filipa mówiono, że umarł Apostoł Rzymu. Mimo 80 lat, do końca życia był pogodny. Każdego, kogo spotykał, zarażał radością. Spotkania z młodymi ludźmi łączył z zabawą. Kiedy widział, że ktoś jest smutny, siedzi na boku i nie odzywa się, podchodził do niego, brał za rękę i mówił: – No jak, będziemy się ścigać? Zobaczymy, kto przybiegnie pierwszy. Do dziś wspomina się go jako „Świętego Radości”, a historie z jego życia opowiada się jak żarty. Choćby ta o gwoździu na kapeluszu. – Przyjacielu, po co ci ten gwóźdź na kapeluszu? – pytał, gdy jakiś chłopiec z Oratorium nie pozdrowił go na ulicy – Jaki gwóźdź? – zdziwiony chłopak ściągał kapelusz – Wybacz – uśmiechał się zadowolony ksiądz Filip – wydawało mi się, że widzę gwóźdź, który przytrzymuje ci kapelusz, bo nawet mnie nie pozdrowiłeś.