Ciężarówka pełna światła

Franciszek Kucharczak

|

MGN 07-08/2004

publikacja 01.04.2012 19:06

Słoneczny letni poranek. Sprzed kościoła w Rydułtowach wyjeżdża ciężarówka. Spod plandeki wyglądają głowy chłopców. Jadą na... Sami nie wiedzą, jak to nazwać. Obóz? Wycieczka? Rekolekcje?

Ciężarówka pełna światła ANDRZEJ BULANDA

Nie przypuszczają, że za nimi na to „coś” pojadą setki tysięcy innych. Nie wiedzą, że siedzący w głębi pojazdu ksiądz Franciszek w przyszłości będzie kandydatem na ołtarze. Nie mają pojęcia, że są pierwszymi uczestnikami Oazy.

To było równo 50 lat temu. Zaczęło się od tego, że rok wcześniej do Rydułtów przyszedł nowy wikary, ks. Franciszek Blachnicki. Był wysoki i chudy jak patyk. – Małych ludzi Pan Bóg stworzył, a wielkie osły same porosły – śmiał się głaszcząc po głowach ministrantów. A miał tych głów do głaskania! Kiedy przyszedł, przy ołtarzu służyło nie więcej niż piętnastu chłopaków, ale rok później było ich już 150. Ministranci go kochali. Poszliby za nim w ogień, ale on w żaden ogień ich nie prowadził. Robił z nimi za to różne dziwne rzeczy. Nikt dotąd nie organizował w kościele misterium Męki Pańskiej. A on tak. Ktoś był żołnierzem, ktoś Piłatem, inny kapłanem. Jedni obsługiwali światło, inni śpiewali w chórze. – Co to za cyrk w kościele! – wydziwiali niektórzy starsi ludzie. Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć, że wikary o niczym innym nie myśli, tylko o chwale Bożej. Żadne pieniądze się go nie trzymały, bo wszystko przeznaczał na duszpasterstwo. Kiedyś parafianie zobaczyli go u szewca. Siedział na krześle... z bosymi nogami. Czekał na naprawę butów, bo nie miał drugiej pary. Któregoś dnia ludzie zorganizowali składkę na pierzynę dla księdza Franciszka, żeby mu było ciepło, ale on przeznaczył je na budowę przykościelnego „domku Maryi”.

W STAWIE I NA ZABAWIE
Coraz więcej dzieci i młodzieży garnęło się do księdza Blachnickiego. Aż wreszcie w wakacje 1954 roku rydułtowski wikary zabrał ministrantów do Bibieli, wioski niedaleko Tarnowskich Gór. – To się będzie nazywało Oaza Dzieci Bożych – powiedział przed wyjazdem. Bibiela była rzeczywiście jak oaza, tyle że otoczona głębokimi lasami. Chłopcy mieszkali w odrapanym budynku szkoły z komunistycznym napisem „Punkt agitacyjny”. Niedaleko była kaplica, w której ksiądz odprawiał msze i urządzał modlitwy. Poza tym chłopcy mieli sporo czasu na zabawy. Ksiądz Franciszek był przedwojennym harcerzem, więc wiele z obozowych zwyczajów przeniósł do oazy. Każdego rana był apel z wciąganiem flagi na maszt. Flaga była maryjna, biało-niebieska. Wieczorem się ją opuszczało przy śpiewie piosenki „Słońce już zeszło z gór...”. Rano, jeszcze przed mszą, była też gimnastyka. W ciągu dnia były podchody, wycieczki do lasu pełnego grzybów. Chłopcy zbierali je i zanosili kucharkom. – Tam był duży staw. Kąpaliśmy się w nim, a ksiądz Blachnicki siedział na brzegu i czytał nam przygodowe książki, najczęściej „Serce w plecaku” – opowiada Jan Rak, jeden z ówczesnych ministrantów. Między tym odbywały się spotkania w grupach. Prowadzili je klerycy. Były ćwiczenia, na przykład należało milczeć. Pan Jan pamięta, jak zaczepił go kleryk: – A czemuś ty, Janek, rozmawiał? – zagadnął znienacka. – Ja? Ja nic nie... – wyjąkał zaskoczony chłopak i... już miał punkty karne za odezwanie się. Wiele razy, kiedy ministranci przechodzili obok jakiejś osobliwości przyrodniczej, np. potężnego drzewa, albo gdy znaleźli się w szczególnie pięknym miejscu, ksiądz Franciszek zatrzymywał się. Mówił chłopcom, że skoro Bóg stworzył takie krajobrazy i rośliny, to o ile piękniejsi muszą być oni sami. Niejeden chłopak w tej wiosce na końcu świata dowiedział się, że Bóg go kocha i ma dla niego fantastyczny plan.

NIE PALĄ, NIE PIJĄ, A ŻYJĄ
Chłopcy, jak to chłopcy, nieraz mieli ochotę rozrabiać. Jeśli były problemy, wystarczyło, że ksiądz Franciszek spojrzał na winowajcę. Czasem jeszcze porozmawiał. Nie było kar. Skuteczność tych metod była zupełna i natychmiastowa. Wieczorami, kiedy wszyscy leżeli w wielkiej sali na swoich łóżkach, przez otwarte drzwi sączyło się światło z pokoiku księdza Blachnickiego. On sam siedział z brewiarzem na kolanach i modlił się długo. Tak zapamiętali to uczestnicy. – On z nas zrobił ministrantów na całe życie – wspomina tamte czasy Jerzy Bindacz z Rydułtów. Wielu uczestników tamtych pierwszych oaz potwierdza tą opinię. Następnego roku chłopcy pojechali z księdzem do Stryszawy. Z czasem przybywało uczestników, aż oaza przestała być rekolekcjami tylko dla ministrantów. Powstał Ruch Światło-Życie, zwany Oazą. Odtąd polskie góry każdego lata zapełniają się młodzieżą, która nie pije, nie pali, nie klnie, a jednak świetnie się bawi. Turyści widzą czasami siedzące gdzieś wśród drzew grupki młodych ludzi z Pismem Świętym w rękach albo słyszą dobiegający z dala rytmiczny śpiew. To właśnie oazowicze, następcy chłopców, którzy pół wieku temu wyjechali rozklekotaną ciężarówką do Bibieli. Małe ziarenko tam zasiane stało się potężnym drzewem. Jeden Bóg wie, ilu ludzi znalazło pod nim schronienie. My wiemy tylko, że mnóstwo.