Holandia

MGN 05/2004

dodane 31.03.2012 23:32

Matko Boska, Gwiazdo Morza z Maastricht, módl się za mieszkańców Holandii.

Holandia   W drugą sobotę maja w Holandii obchodzi się „dzień wiatraka”. Na zwiedzanie najlepiej udać się na rowerze, bo ten pojazd pozwala dojechać do wielu wiatraków, rozrzuconych na polderach. Do dziś w Holandii zachowało się ich ponad 1000. Większość to zabytki. Wiatraki nie są wynalazkiem Holendrów, trafiły do Europy w czasach wypraw krzyżowych z Bliskiego Wschodu. Holendrzy tylko je udoskonalili.

Są ich chlubą. Utrzymywane są z datków sympatyków. Działa tu Stowarzyszenie Wiatraków, a każdym wiatrakiem opiekuje się fundacja. Podobnie jak każdy statek, tak i wiatraki mają swoje nazwy: „Nadzieja”, „Zając”, „Kot”, „Blada śmierć” czy „Bocian”. Mają też kolory – czerwony oznaczał, że wioska była katolicka, kolor żółty, że mieszkańcy byli protestantami, zielony świadczył o mieszanej populacji.

Holenderskie wiatraki są ruchome. Górna część, tak zwana głowa, jest obrotowa, można ją nastawiać na kierunek wiatru. To jest ich cecha charakterystyczna, bo wiatraki znane z Grecji czy Hiszpanii są stałe, nieobrotowe. Ustawienie skrzydeł (w pionie czy na ukos) służyło holenderskim młynarzom do wyrażania uczuć, takich na przykład jak radość czy żałoba.

Niektórzy do dziś w dni świąteczne rozwieszają na skrzydłach kolorowe chorągiewki . Wiatraki miały różne zastosowanie. Na polderach służyły do osuszania, w miastach jako tartaki lub do mielenia liści tytoniu i korzeni sprowadzanych z Azji. Pod Amsterdamem, w miejscowości Zaandam, powstał cały przemysł oparty na wykorzystaniu siły wiatru.

Około 800 wiatraków służyło do cięcia drewna, produkcji oleju, farb, papieru czy musztardy. Największą atrakcję dla turystów stanowi malownicza grupa wiatraków Kinderdijk, czyli „Tama dziecka”. Jest ich 19, stoją w szeregu nad kanałem. Pochodzą z końca XVIII wieku.

Holandia   Matka Boża z Maastricht Miłość do Matki Bożej zaszczepił w Holandii św. Serwacy. Był on pierwszym biskupem Maastricht, miasta położonego w pobliżu granicy z Belgią. Biskup Serwacy wybudował na brzegu rzeki Mozy kaplicę poświęconą Najświętszej Pannie. Nazwano ją „Maria na brzegu”. Kaplicę najczęściej nawiedzali marynarze i flisacy pchający swoje barki w górę rzeki i spływający łodziami z towarem ku morzu.

Z czasem stała się tak sławna, że przybywali do niej nie tylko pielgrzymi z Niderlandów, ale również z Niemiec. Nie zachował się wizerunek umieszczony tu przez Serwacego. W ołtarzu czczona jest jedna z najpiękniejszych Madonn Europy - „Stella Maris”, czyli Gwiazda Morza. Nazwano ją tak po katastrofie morskiej, kiedy hrabia z Maastricht wzywał pomocy Matki Bożej z kaplicy na brzegu i został uratowany.

Odtąd holenderscy żeglarze, marynarze i mieszkańcy miasta w każdym niebezpieczeństwie zwracali się do swojej Gwiazdy Morza. Każdego roku w Poniedziałek Wielkanocny pielgrzymi przybywali tu boso, w pokutnych szatach. Podczas jednej z takich procesji została uzdrowiona 8-letnia Agnieszka, dotąd głucha i sparaliżowana.

Dick Bank   Dick Bank
od sześciu lat pracuje w holenderskiej firmie na Śląsku
fot. PAT
Gdy w 1570 roku Maastricht zajęli protestanci, cudowną figurę Gwiazdy Morza ukryto poza miastem. Wróciła do sanktuarium dopiero po stu pięciu latach.

Potem jeszcze podczas okupacji francuskiej pod koniec XVIII wieku ukrywano figurę w prywatnych domach.

Ostatecznie wróciła na swoje miejsce w 1837 roku, by jako Gwiazda Morza wskazywać nie tylko marynarzom, ale wszystkim Holendrom właściwą drogę.

Dick Bank
od sześciu lat pracuje w holenderskiej firmie na Śląsku

Każdy naród ma plusy i minusy, tak samo i Polacy. Holendrzy lubią Polaków za gościnność.

Mnie denerwuje u Polaków niesłowność i kombinatorstwo. Dziwi mnie też, że w Polsce są tylko dwie klasy ludzi. Bardzo bogaci i bardzo biedni.

Większość jest bardzo biedna, a politycy nie robią nic, aby stworzyć klasę średnią. To dziwne, że w katolickim kraju nie ma porozumienia między ludźmi. Każdy patrzy na siebie i nie martwi się tym, że inny nie ma za co żyć.