Błogosławiony Pier Giorgio Frassati

Franciszek Kucharczak

|

MGN 03/2005

dodane 20.03.2012 17:38

Ktoś zapukał do drzwi domu Frassatich. Na progu stała kobieta z bosym dzieckiem na ręku. Mały Dodo szybko ściągnął buty i pończochy, i podał kobiecie. A potem od razu zamknął drzwi, żeby ktoś nie nadszedł i nie sprzeciwił się.

Błogosławiony Pier Giorgio Frassati

 Innym razem przyszedł biedak. Mówił, że jest głodny i nie ma pracy. Pan Frassati odesłał go z niczym, bo poczuł od niego alkohol. A Dodo zaczął płakać: „Mamo, przyszedł jakiś biedak i tatuś nie dał mu nic do jedzenia”. – Biegnij na ulicę i przyprowadź go tu, damy mu jeść – zgodziła się mama.

Dodo to błogosławiony Pier Giorgio Frassati. Gdy umierał, miał 24 lata. Mieszkał w Turynie. Był synem senatora, ambasadora włoskiego w Berlinie, założyciela i właściciela dziennika „La Stampa”. Tata chciał dobrze wykształcić syna. Być może planował, że będzie on jego następcą. Pier Giorgio miał inne marzenia. Widział więcej.

Przede wszystkim tych, którzy mieli mniej od niego. – Pod koniec każdej wycieczki był bez grosza – wspominała jego siostra Luciana. – Albo zapłacił za kogoś za przejazd pociągiem, albo za jedzenie, albo za nocleg. Kiedyś pojechał do Niemiec. Miał ze sobą sporo pieniędzy, które... rozdał biednym. Do domu wrócił z jednym lirem.

Raz w miesiącu Pier Giorgio przychodził do klasztoru zaprzyjaźnionych sióstr. Prosił o rachunek, ile siostry wydały na biedne i osierocone dzieci. Pier Giorgio je utrzymywał. W mieście miał wielu przyjaciół. Odwiedzał ich regularnie w ruderach, w których mieszkali. Przynosił wszystko, czego potrzebowali.

Przede wszystkim jedzenie i lekarstwa. Kiedyś wrócił do domu bez płaszcza, bo jakiś biedak mógłby zamarznąć z zimna. Po śmierci, gdy niemal cały Turyn przyszedł na jego pogrzeb, pan Frassati powiedział: „Nie wiedziałem, kim był mój syn”.